Na co czekasz?

Jutro IV niedziela Adwentu.

Za kilka dni przeżywać będziemy Boże Narodzenie. Za chwilę zacznie się też przedświąteczne gotowanie, pieczenie, przygotowanie do Wigilii. Mam wrażenie, że w naszej Polskiej tradycji często przedkładamy Wigilię ponad Boże Narodzenie. Myślimy o potrawach, prezentach, spotkaniach. Dzień Bożego Narodzenia zostaje jakby w cieniu. Warto się teraz zastanowić na co czekam, na kogo czekam? Czekam na rodzinne spotkanie? Na słodkiego bobasa leżącego na sianku w szopce? Może czekam po prostu na wolny dzień, na spokój, odpoczynek, na prezenty.

Boże Narodzenie to nie cukierkowa historia o małym bobasku, który przynosi wszystkim to, co sobie wymarzyli. To historia prawdziwego, trudnego czasem życia z Bogiem pod jednym dachem. Zaskakująca, pełna zwrotów akcji, ale i pełna wyrzeczeń czy przekraczania siebie.

Maryja i Józef wybrali się na spis ludności. Pewnie nie bardzo podobał im się pomysł takiej podróży na ostatnim etapie ciąży. W domu mieli wszystko przygotowane na narodzenie dziecka. W podróż zabrali to, co niezbędne. Liczyli, że zdążą wrócić nim na świat przyjdzie syn. Stało się inaczej. Jezus rodzi się w najmniej spodziewanym miejscu i czasie, w obcym miejscy. Zaskakuje wszystkich, nawet rodziców. Ewangelia wg. Św. Mateusza podaje, że zaraz po urodzeniu, gdy w Herodzie wezbrała złość i kazał zabić wszystkie niemowlęta, Józef z rodziną uciekają do Egiptu. Do przygotowanego domu nie wracają. Zostawiają za sobą wszyto i idą za wolą Bożą. Uczą nas, że mamy  być gotowi do drogi, nie zapuszczać korzeni.

Dla Józefa ostatnie miesiące były wyzwaniem. Najpierw dowiaduje się, że jego narzeczona widziała anioła, rozmawiała z nim, że w dodatku jest w ciąży, nie z nim, że przyjdzie mu wychowywać nieswojego syna, ale bożego? A teraz zamiast wrócić do domu muszą uciekać. Przekonuje się na własnej skórze, że życie z Bogiem nie ma nic wspólnego ze spokojem. To droga pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, niespodzianek, wyzwań. Życie z Bogiem nie oznacza, że od teraz już będzie dobrze, wszystko się ułoży, będę mógł odetchnąć. Życie z Bogiem pod jednym dachem to rollercoster. Jesteś na to gotowy? Bo ja przekonuję się każdego dnia, że jednak nie bardzo. Chcemy słodkiego bobasa, który się do nas uśmiechnie, pomacha i wszystko zmieni na lepsze. A tymczasem pojawienie się dziecka w domu to rewolucja. Pojawienie się Dziecka Bożego to jeszcze większa rewolucja. Nie ma co liczyć na spokój, błogie lenistwo, czy odpoczynek. Ta droga nie będzie łatwa. Ale będzie pełna Miłości, Mądrości, zaskoczenia, niespodzianek, radości i smutków. Po ludzku, życie z Bogiem się nie opłaca. Kto zdrowy na umyśle chciałby każdego dnia mieć rewolucję, nieoczekiwane zwroty akcji? Marzymy o spokojnych świętach, odpoczynku, stabilnym życiu, porządku, zabezpieczeniu finansowym. Z Bogiem tak się nie da. Trzeba rzucić się na głęboką wodę, zaufać. On sam będzie działał. Trzeba puścić ster własnego życia i oddać Bogu.

Gotowy na takie życie? Pełne niespodzianek i zwrotów akcji? Jeszcze masz chwilę czasu by zdecydować.

dewastacja

Coraz częściej dochodzą mnie słuchy o kolejnych dewastacjach w kościołach, kaplicach, na cmentarzach i innych miejscach szacunku. Coraz więcej słychać gniewu i wrogości kierowanej wobec księży i katolików. Fala nienawiści, która przelewa się przez nasz kraj, towarzysząca marszom wywołanym decyzją TK dotknęła również mojej parafii. W pierwszej chwili trudno było mi zrozumieć czym kierowały się osoby, które okradły kościół, wymalowały czerwone pioruny i  okleiły drzwi. Wybryk? Akt wandalizmu? Może złość? Nienawiść?
Ewidentnie ktoś miał dość Kościoła.

Chwilę później zrodziło się we mnie pytanie: jak zrobić, żeby ci którzy dziś dewastują kościoły, następnym razem chcieli wejść i zostać? Choćby na chwilę, żeby w ciszy mogli usłyszeć bicie kochającego serca, Bożego serca… I poczuli, że nikt ich nie osądza, nie skreśla, nie wyrzuca. Że nie muszą już krzyczeć i walczyć. Że jest dla nich przygotowane miejsce. Że jest ktoś, kto się o nich troszczy, kto bezwarunkowo kocha, kto czeka.

Przecież ci, którzy protestują nie są naszymi wrogami. Nawet jeśli tak mówią. Owszem, traktują Kościół jak wroga, ale dla nas wrogami nie są. Są zabłąkani, zawiedzeni, rozczarowani, zgubieni, może przerażeni, wystraszeni, odsunięci.
W którymś momencie swojego życia zaczęli Kościół widzieć tylko z zewnątrz. Zaczęli patrzeć na jego nędzną fasadę i uznali, że cały jest taki jak ta popękana elewacja. Patrzą na Kościół przez pryzmat mediów, krzywd, wykorzystywania, ukrywania, politykowania. Zupełnie stracili z oczu sedno. Zapomnieli, że Kościół to nie biskupi, politykujący księża, czasem pedofile i słabi liderzy. Kościół to ja i ty, a łączy nas Chrystus.

Ten Kościół, który kocham, jest święty nie dlatego, że ludzie w nim są święci, choć zdarzają się. Kościół jest święty, bo Bóg taki jest. Bo on może naszą nędzę uświęcić sobą, jeśli mu na to pozwolimy. Bo w Kościele każdy z nas jest inny, i dla każdego jest miejsce, każdy jest mile widziany.

Te wszystkie dewastacje to wielki sprawdzian, dla nas, żywego Kościoła, członka ciała Jezusa, żeby swoim życiem pokazywać, nie zasłaniać, Mistrza. Żeby pociągać życiem, przykładem, świadectwem.

 

Zapraszam również do tekstu Mój Kościół.

Modlić się o nawrócenie najbliższych?

Twój mąż/ żona/ brat zrezygnował z budowania więzi z Bogiem? Twoja przyjaciółka/ siostra „obraziła się na Kościół”?

Co zrobić gdy bliskie nam osoby rezygnują z Kościoła, rezygnują z relacji z Bogiem?

Co zrobić gdy dzieci/mąż/żona nie chcą już chodzić wspólnie na niedzielną mszę świętą? Gdy przestają przyjmować sakramenty/ modlić się/ być częścią żywego Kościoła?

Po pierwsze warto zapytać dlaczego tak jest, co się stało, skąd zmiana? Może to wynik jakiegoś wydarzenia, trudnej sytuacji. Może w ich życiu wydarzyło się coś niewyobrażalnego, co wpłynęło na tę decyzję. To, że ktoś przestaje chodzić do kościoła to tylko objaw. Warto poznać przyczynę takiej decyzji. Taka nagła zmiana musiała być wywołana przez jakiś czynnik. Jeśli bliska ci osoba nie chcę się z tobą podzielić swoimi powodami, lub nie jest na to gotowa, to warto dać jej czas, nie naciskać. To bardzo osobista sprawa, delikatna, wymagająca cierpliwości.

Po drugie warto się zastanowić po co chcę się modlić o nawrócenie bliskiej osoby? Żeby było mi lepiej? wygodniej? łatwiej się żyło?

To, że ktoś ci bliski przestaje praktykować jeszcze nie jest powodem do zmartwień. Jeśli to kryzys wiary to przestań się martwić. Wszyscy wielcy święci przechodzili przez kryzysy. Tak, dokładnie. Kryzys to zdrowy objaw. To dobry objaw. Żeby się rozwijać potrzebujemy kryzysów. Wtedy zadajemy pytania. Wtedy dojrzewamy. Jak jaszczurka porzuca za mała skórę, gdy rośnie.

Kryzys wiary

Z wiarą jest trochę jak z parą butów. W pewnym momencie wyrastamy z tych dziecięcych, stają się dla nas za ciasne. Wyrastamy z wiary, którą przekazali nam rodzice. Zaczynamy zadawać pytania, szukać. Potrzebujemy odpowiedzieć sobie na pytanie: czy wierzę? W co wierzę? Komu wierzę? To proces potrzebny, wręcz niezbędny żebyśmy mogli wzrastać.

Najgorsze co możemy zrobić to zmuszać kogoś do praktyk religijnych, wypominać mu, robić wyrzuty. To przynosi tylko odwrotny skutek. Wtedy obraz Boga jaki pokazujemy tej osobie staje się karykaturą. Bóg staje się policjantem-księgowym, który podlicza obecności w kościele, modlitwy, nabożeństwa i wystawia mandaty. Chyba nie tego chcemy dla naszych bliskich?

Jeśli chcesz

Cały Nowy Testament wypełniony jest Jezusowym „jeśli chcesz”.  Tak jak nie da się zmusić kogoś do miłości tak nie da się zmusić go do wiary. Wiara jest darem, jest łaską. Można się na ten dar otworzyć lub zamknąć. Można ten dar porzucić. My możemy modlić się o dar wiary dla kogoś, ale decyzja zawsze należy do tej osoby. Nasza modlitwa nigdy nie jest „zmarnowana”. Ona zmienia przede wszystkim naszą duszę, nasze serce. To nasz czas który oddajemy Bogu.

Pewien ksiądz wykładowca powiedział mi kiedyś, że Bóg wysłuchuje wszystkich modlitw, na niektóre po prostu odpowiada „nie”, na inne „jeszcze nie teraz”, albo „mam coś lepszego dla ciebie”. Zaufajmy Bogu. On zmienia serca nasze. On widzi nasze zmaganie, wytrwałość w modlitwie za bliskich.

Czy powinnam modlić się o nawrócenie kogoś bliskiego?

Modlić się o nawrócenie powinniśmy przede wszystkim własne. O co się więc modlić dla najbliższych? O mądrość, o odkrycie powołania, o doświadczenie Bożej miłości, o łaskę wiary, o otwartość serca.

Bóg daje nam więcej niż prosimy. Prosisz Go o szklankę wody a On chce ci dać ocean. Nie ograniczajmy Go naszą prośbą. Pozwólmy mu dać nam więcej. Bądźmy otwarci. Módlmy się za naszych bliskich, ale pozwólmy, żeby to Bóg decydował o darach jakimi ich obdarza. Zaufaj Bogu.

————

Zapraszam Cię również do tekstu o Kościele.

Kim jest teolog?

Czym jest teologia?

Zacznijmy może od tego czy teologia nie jest. Teologia nie jest dywagacją o Bogu. Nie jest filozoficznym rozważaniem Jego istoty i istnienia. Zamykaniem Go w ramy coraz to nowych przymiotników: sprawiedliwy czy miłosierny (czy Boże miłosierdzie i sprawiedliwość wykluczają się?)? Tłumaczeniem dogmatu o wcieleniu Jezusa i kontemplacją unii hipostatycznej. Owszem teologia zajmuje się tym wszystkim. Ale jest czymś więcej.

Teologia to bardzo konkretna nauka, nauka o człowieku i otaczającej go rzeczywistości oraz ich wzajemnym odniesieniu do Boga. O ich wzajemnych relacjach, o kontekście w jakim wiara w Boga istnieje, dojrzewa i funkcjonuje. O tym, jak w świecie tak skomplikowanym, jak nasz współczesny żyje się człowiekowi z wiarą, i w wierze.

Teologia jak każda nauka akademicka ma swoje metody, źródła poznania. Posługuje się metodami empirycznymi, społecznymi, filozoficznymi. Z jednej strony filozofia starożytna, historia Kościoła, apologetyka, dogmatyka, a z drugiej teologia polityczna, społeczna, teologia pracy, retoryka i prawo.

Kim jest teolog?

Teolog to, osoba, która potrafi spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość z perspektywy osoby wierzącej. Widzieć w niej dzieło Boże, dar, zadanie i odpowiedzialność. Nie chodzi o to, by chodzić od domu do domu i nauczać religii. Ale by z religią umieć znaleźć się w codzienności.

Teolog coraz częściej staje się dobrym materiałem na pracownika w przeróżnych dziedzinach (bankowości, administracji, marketingu itd). Właśnie przez to, że pracodawca widzi w nim osobę moralną, kierująca się wartościami, która będzie po prostu dobrym, uczciwym pracownikiem. A ze szczegółów można taką osobę doszkolić. Wiem coś o tym. Sama pracowałam jako PR-owiec, redaktor czy marketingowiec.

Jak to jest i co to znaczy, że jestem teologiem?

Tak mam wykształcenie teologiczne.

Kiedy zdarza mi się mówić osobom nieznajomym, że jestem z wykształcenia teologiem, z reguły mogę zaobserwować 3 reakcje.

Pierwszą stanowią Ci, którzy wiedzą, o co chodzi i prawie zawsze pytają czy jestem katechetką. Otóż nie, nie jestem. Nie mam nic do katechetów, wiele moich koleżanek i kolegów nimi jest. To ciężka praca, która często spotyka się z kpiną i niewdzięcznością. Więc jak już wytłumaczę się z tego pytania to najczęściej pada kolejne: to co właściwie robisz? I tak zaczyna się żmudna dyskusja o łączeniu wielu zajęć w jedną spójną całość.

Drugą postawą, którą często obserwuję jest zachowanie osoby niezorientowanej w temacie. Na jej twarzy maluje się wtedy pytające zdziwienie. Kiedy doprecyzowuję odpowiedź, owo zdziwienie miesza się czasem w przerażeniem: „Jesteś zakonnicą? Gdzie masz sukienkę (habit)?” No więc nie, nie jestem zakonnicą. Jestem żoną i mamą.

Trzecia grupa to Ci wszyscy, którzy znajdują się pośrodku tych dwóch skrajności. Zazwyczaj w takim momencie w wyobraźni widzą skrzyżowanie zakonnicy, z „moherowym beretem”, trzymającym w jednej ręce różaniec, a w drugiej  krzyż (do okładania nim niewiernych rzecz jasna). Czasem widzą połączenie pani od religii z yeti – osobnikiem, który ponoć istnieje, ale nikt go nie widział. Tak samo sytuacja ma się z teologami świeckimi. Ponoć są, rzadko ich widać,  nie wiadomo czym się zajmują, a w ogóle, co to za twór „kobieta – teolog”?

Tak czy siak, takie spotkanie kończy się zwykle pytaniami „po co ci to?”, „dlaczego?” i „skąd taki pomysł?”. Potem następuje cała wyliczanka, tego czym się zajmuję, gdzie pracuję i co ma „piernik do wiatraka”. A potem każde z nas wraca do swojego ogródka.

Po co mi to?

Na pozór nic wielkiego. Mam jednak nadzieję, że to spotkanie sprawi, że w głowie tej osoby zrodzi się pytanie, a może wątpliwość dotycząca wiary. Może jeszcze nie dziś, nie jutro, może kiedyś. W najmniej odpowiednim momencie. I wtedy w odmętach pamięci przypomną sobie, że takie 'jednostki' istnieją. Że można im zadać pytanie, którego nie zadaje się znajomym, że można pytać i zobaczyć zrozumienie, że zaakceptują wątpliwości, przemówią bardziej ludzkim językiem. Bo przecież żyją normalnym życiem jak wszyscy. Jestem więc i czekam na to „kiedyś”.

Jeśli masz pytania pisz na maila. Zapraszam też na fb.

A wszystkim, którzy zastanawiają się nad studiowaniem teologii polecam. To dziedzina, która łączy w sobie przedmioty humanistyczne (historia), filozoficzne (logika, metafizyka), języki obce (egzotyczne jak: łacina, starożytna greka, hebrajski oraz współczesne), czy społeczne (KNS) oraz wiele innych. Po więcej zapraszam do wpisu tu.

fot.Death to stock Marzocco Coffee 10

Wiara moja prywatna

Coraz głośniej w sferze publicznej wybrzmiewają przekonania, że wiara to prywatna sprawa człowieka, że Kościół należy odseparować od państwa (najlepiej grubym murem), że nie wolno mieszać religii w sprawy ustawodawcze, że religię powinno wyrzucić się ze szkoły (choć to może akurat nie najgorszy pomysł).

Zawsze, gdy zbliżają się wybory pojawiają się te same zarzuty. Gdy pojawia się temat ochrony życia poczętego w regulacji prawnej, każą katolikom schować się i nie wtrącać w sprawy państwowe. Na wielu polach życia społecznego wciąż trwa dyskusja, a wręcz walka, o zachowanie wiary, jako prywatnej sprawy wierzących (niezależnie od wyznania) i nie „epatowanie nią” w sferze publicznej. Jakby ateizm mógł być sprawą publiczną, ale wiara już nie. Wiara traktowana jest jak zabobon, który należy wykorzenić, a w najlepszym wypadku się do niego nie przyznawać, bo to „obciach” i „zacofanie”. A już z pewnością nie należy je pokazywać na forum.

Twoja wiara, twoja sprawa.

Niezależnie od tego, w którym momencie życia zaczynamy wierzyć w Boga. Czy zostaliśmy ochrzczeni, jako dzieci i wychowani w wierze katolickiej, czy może w dorosłym życiu podjęliśmy decyzję o kroczeniu za Chrystusem, to jedno musimy przyznać: wiara jest łaską. I możemy ją rozwijać, gdy się na nią otworzymy.

Nawet, jeśli dorastaliśmy w rodzinie katolickiej to i tak, prędzej czy później, decyzję o kroczeniu drogą wiary musimy podjąć sami. Z wiarą jest trochę jak parą butów. Z tych dziecinnych wyrastamy i musimy sami zdecydować, czy zamieniamy je na większe, czy nie. Potrzebna jest decyzja czy wierzę, czy chcę wierzyć nadal? Nie czy wierzę w Boga, ale czy wierzę Bogu. W Jego obecność, miłość, w to, że troszczy się o mnie każdego dnia.

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 24-30)

A jeśli wierzę Bogu, otwieram się na działanie Bożych darów, jestem z Bogiem w relacji i troszczę się o swoje życie sakramentalne, krótko mówiąc jestem świadomy swojej wiary. To nie ma szansy, żeby taka postawa nie przekładała się na wszystkie aspekty mojego życia. Człowiek jest jednością psychofizyczną, więc żeby zachować spójność i jedność osobową, wszystkie składowe naszej osobowości muszą ze sobą współpracować.

Wierzymy w Boga, który jest Miłością, który stworzył nas z Miłości i do Miłości. Znakiem miłości, tej prawdziwej, nieskończonej, wiernej, trwałej, wyłącznej i wiecznej, tej, o której marzy ludzkie serce, nie jest emotikon z serduszkiem. Tym znakiem jest krzyż. Ten sam, który dla Żydów jest zgorszeniem, dla pogan głupstwem (1 Kor 1, 23), dla wielu znakiem hańby i śmierci. Ten krzyż dla nas jest znakiem Miłości, znakiem Bożej obecności. Jego prosta symbolika pokazuje jak powinny wyglądać nasze relacje do Boga i ludzi. Pionowa belka krzyża to nasze odniesienie i relacja z Bogiem, to moje zaufanie Bogu, moja modlitwa, moje życie z Bogiem. Ale krzyż ma też belkę poziomą, która symbolizuje moje relacje z ludźmi.

Jeśli wierzę Bogu to moja wiara przenosi się na moje odniesienie do bliźnich. Nie ma innej możliwości. „Wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2, 14-26). Jeżeli wiara nie zmienia mojego życia, nie wpływa na moje relacje z bliskimi, ze współpracownikami, nie zmienia świata, w którym funkcjonuję, to, po co wierzę? Co to za wiara, która nie przekłada się na życie? Jeśli moja wiara nie sprawia, że jestem lepszym człowiekiem, lepszą żoną, lepszą mamą, lepszym pracownikiem, to jest martwa. Nie mogę wierzyć i być obojętnym na wszystko, co jest dookoła. Miłość mi na to nie pozwoli.

Miłość to pragnienie dobra dla drugiego człowieka, to troska o jego wzrost.

Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, a obojętność. Jeśli kocham Boga, to zmienia całego mnie. To wpływa ma moje życie osobiste, rodzinne, na moją pracę, wykonywane obowiązki, na to, jaki jestem w każdym aspekcie życia. A to sprawia, że wiara nie jest, nie może być moją prywatną sprawą. Nie możemy wierzyć i mieć w nosie sprawy społeczne, czy to na poziomie lokalnym, czy krajowym.  Jeśli wierzę, wiara zmienia całe moje życie. I nikt nie może oczekiwać, że wiarę schowam do kieszeni, gdy wymaga tego ode mnie sytuacja publiczna. Takie postępowanie, w zgodzie z sobą samym, wymaga też sporo odwagi, ale „jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” (Rz 8, 31).

—————–

Tekst pochodzi z bloga tedeo.pl

Mój Kościół

„Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.
Mt 9,9-13

Kim jest mój Kościół?

Kościół to wspólnota wierzących, ktoś powie. Kiedy idę w niedzielę na Mszę świętą do mojego kościoła parafialnego i w czasie znaku pokoju rozglądam się dookoła to przyznam, że niezbyt często czuję wspólnotę z ludźmi, których czasem pierwszy raz widzę na oczy. Czy jest to wspólnota wierzących, czy tylko praktykujących niewierzących? Nie będę tego wątku rozwijać. To temat na zupełnie inną dyskusję.

Ale co z tą wspólnotą? Jasne, w małych grupach parafialnych łatwiej o poczucie wspólnoty. W parafii, która ma kilkanaście tysięcy takie łatwe to nie jest. Jeszcze trudniej doświadczyć wspólnoty w Kościele powszechnym.

Moim najmocniejszym doświadczeniem takiej jedności Kościoła były dla mnie Światowe Dni Młodych. Ich atmosfera, bogactwo przeżyć, wielokulturowość. Ludzie z całego świata spotykają się w jednym celu: by wspólnie dzielić się wiarą, umacniać się, dorastać w wierze razem. Polecam każdemu, kto może, niech spróbuje.

Ale takie okazje nie zdarzają się często.

Ktoś powie: Kościół jest jeden, święty, apostolski, katolicki=powszechny, rzymski. No tak tylko, co z tego? Co to znaczy dla mnie? Dla pana Kazika spod monopolowego Kościół, na który patrzy nie jest ani święty, ani nie przypomina tego z czasów apostolskich, a w Rzymie to on nigdy nie był.

Skąd więc te określenia?

Kościół jest apostolski, bo założony na fundamencie apostołów, powstał dzięki ich przepowiadaniu Ewangelii i wyznaniu wiary oraz dzięki sukcesji apostolskiej zachowanej w sakramencie święceń.

Jest katolicki, czyli powszechny, bo posłany jest do wszystkich ludzi, każdej epoki i nie zamyka się na nikogo.

Kościół jest święty wcale nie dlatego, że ludzie w Kościele tacy są. Wcale nie dlatego, że księża tacy są, czy tacy być powinni. Jest święty, bo Bóg taki jest. Bo my do tej świętości jesteśmy zaproszeni i każdy z nas ma w niej swój udział. Świętość nie jest abstrakcją, a celem. Niekoniecznie taka „ołtarzowa”, ale świętość rozumiana, jako bycie z Bogiem, już dziś, tu i teraz, w mojej codzienności, w obowiązkach, w relacjach, w pracy, w odpoczynku. Nie chodzi o nieustanną modlitwę. Mam na myśli raczej powierzani się Bogu w naszych codziennych sprawach, oddawanie ich Jemu pod opiekę w porannej modlitwie. Tak by w ciągu dnia On mógł się o nas troszczyć i dbać.

W moim Kościele jest miejsce absolutnie dla każdego. Dla wierzącego, dla wątpiącego, dla zagubionego, dla niezdecydowanego. A czy dla zmagającego się z Bogiem też? No jasne, że tak. Mam wrażenie, że ci, którzy mocują się z Bogiem, mają w Jego sercu szczególne miejsce. Tak jak Jakub z Księgi Rodzaju (Rdz 32). Całą noc walczył z Bogiem i dostał to, o co prosił.

Ci, którzy wierzą i są w Kościele stanowią tylko jedną stroną medalu. Drugą stronę stanowią wszyscy, którzy wątpią, zastanawiają się, buntują, zmagają. To oni wpływają na rozwój Kościoła. Historia pokazuje, że Kościół najmocniej rozwijał się w czasie prześladowań i herezji. Dziś, gdy w Europie i Ameryce prześladowań nie ma, Kościół zanika. Ale tam, gdzie chrześcijanie są zabijani, Kościół przeżywa odrodzenie (w Nigerii, Sudanie, Iranie, Korei Północnej, Chinach, Indiach, Erytrei). Obecność Kościoła nie jest tam mile widziana, ale Duch Boży umacnia wierzących i rozpala ich serca w najtrudniejszych miejscach i czasach.

Mój Kościół

Mój Kościół jest nieidealny, a dzięki temu jest w nim miejsce dla wszystkich nieidealnych. Jest grzeszny, a więc mają w nim miejsce wszyscy grzeszni. Jest szpitalem dla chorych, oazą dla spragnionych, ostoją dla słabych, schronieniem dla bezdomnych. Mój Kościół jest drogą i przystanią. Jest moim domem, z którego wyszłam i domem, do którego nieustannie wracam. Jest siłą dla słabych, i słabością dla silnych, jest mądrością prostaczków, i głupstwem dla inteligentów. Mój Kościół jest matką, która w każdym sakramencie chrztu „rodzi” nowych wierzących. A obliczem tego Kościoła jest Chrystus.

Zdaję sobie sprawę, że nie w każdym momencie, nie w każdym zakątku mój Kościół ma taką twarz. Najczęściej jest to twarz któregoś z pasterzy, księży, czy po prostu osób, które z Kociołem utożsamiamy. A że z reguły bywamy lustrami mniej lub bardziej zniekształconymi (przez różne przejścia, krzywdy, cierpienia), dlatego twarz, którą odbijamy bywa zdeformowana. Tylko, że to nie twarz Chrystusa się zmienia, tylko doskonałość nas=luster jest różna.

Widzieliście kiedyś polski film Biała sukienka? Polska wschodnia, wieś. Dzień Bożego Ciała pokazany oczami kilku osób. Tych, które wybierają się na procesje, oraz m.in. pewnego kierowcy, który uważa je za utrudnianie ludziom życia. Żeby nie nudzić się po drodze ów kierowca jadąc z Warszawy (Polski A) na wieś (do Polski B) zabiera autostopowicza. A potem…? Musicie zobaczyć.
Choć film jest z 2003 roku to mam wrażenie, że pochodzi z innej epoki. Oglądałam go już kilka razy i za każdym razem, gdy słyszę: „Wierzyć to ty może nie wierzysz, ale pewny to ty już nigdy nie będziesz” robi mi się cieplej na sercu. Bo z wiarą to chyba już tak jest, że jedynym pewnikiem jest niepewność. A dzięki Kościołowi, nie jestem w tej niepewności sama.

 

—————————-

tekst pierwotnie ukazał się na blogu tedeo.pl

w drodze do Emaus…

Dwa słowa z dzisiejszej Ewangelii: „a myśmy się spodziewali” oraz „zostań z nami”. Obydwa wypowiadane przez te same osoby, tego samego dnia, w krótkim odstępie czasu.
Bardzo dobrze pokazują jak nasza wiara jest dynamiczna. To nie wartość stała, niezmienna. Zmienia się każdego dnia.
Tego samego dnia potrafimy naszą wiarę w Boga, naszą relację z Bogiem traktować jak maszynkę do spełniania własnych oczekiwań a chwilę później wołać „zostań z nami” (nic nie jest ważne tylko bądź ze mną). Takie jest ludzkie serce. Zmienne. Ale jedno jest niezmienne. To Bóg wychodzi na spotkanie człowiekowi: „Jezus przybliżył się do nich…”

Całe to spotkanie z dzisiejszej Ewangelii kończy się 'łamaniem chleba' – tak przez wieki Kościół nazywał Eucharystię. I w takiej chwili uczniowie rozpoznają Jezusa. Bo Eucharystia własnie tak działa – uczy nas rozpoznawać Jezusa, ściąga nam klapki z oczy, otwiera oczy serca.
Dziś gdy dostęp do Eucharystii jest ograniczony (choć przepisy zostały złagodzone i mamy nieco szerszy do niej dostęp niż tydzień temu) trwajmy w jedności z Kościołem, który nieustannie sprawuje Najświętszą ofiarę. Dziękujmy Panu za dar Eucharystii. Jeśli możemy weźmy w Niej udział. Jeśli nie to trwajmy na modlitwie.
Mamy przecież Rok Eucharystii  ??

Miłość w ogniu się doskonali – Wielki Wtorek

Trwamy w Wielkim Tygodniu, w wielu językach nazywanym Świętym Tygodniem.

Miłość w ogniu się doskonali.
Lepszy rydz niż nic.
W trudnych czasach to, co silne ulega wzmocnieniu, a to co słabe rozpada się.

To kilka mądrości na dziś. Na Wielki Wtorek.

Jezus przepowiada dziś zdradę Judasza i Piotra. Zdradę, która dla każdego skończy się inaczej. Ich Miłość do Pana przechodzi przez ogień próby. Czy się oczyściła? Piotr pokłada ufność w Jezusie, okazuje skruchę. Judasz przekonany, że czyni dobrze, pokłada ufność w sobie i kończy na stryczku.
Zdaje nam się, że i nasza miłość wystawiona jest na próbę. No bo jak to Wielkanoc bez liturgii publicznej, bez adoracji krzyża, bez święconki, bez tego wszystkiego, co do tej pory wydawało się podstawą świętowania?
Nasza liturgia przeniosła się do domów, ale dziwne uczucie, które skrobie nas w duszy nie daje spokoju. Jak to najważniejsze święta, najświętszy czas w roku liturgicznym mam świętować sam? Tak prywatnie? A może siłować się i spróbować choć raz „wepchać” na liturgię, może zmieszczę się w tej 5? Wtedy „obowiązek” odhaczony i sumienie spokojniejsze. Przecież lepszy rydz niż nic, no nie?

No właśnie nie. Bóg nie jest ograniczony miejscem, sakramentami, czy liturgią. Jest hojny, bo kocha, nic go nie ogranicza. Działa jak chce i kiedy chce. A my mamy być otwarci na to działanie. Bóg mówi do nas w Kościele, przez usta papieża. A Kościół dziś przypomina to, co było jego mądrością i bogactwem przez wieki: żal doskonały, komunia św. duchowa i zachęca: zostań w domu!

Nie dlatego, że się zbuntował czy sprzedał. Kościół wie, że w trudnych czasach trzeba dbać o to, co słabe, o tych którzy są słabi. To nie jest czas na wzmacnianie tego, co silne ,tylko na pochylanie się nad tym, co słabe. Żeby nie złamać trzciny nadłamanej. Żeby chronić, tych którzy w czasie zarazy są narażeni, oraz tych którzy na pierwszej linii frontu dbają o nasze zdrowie często poświęcając własne. To jak silne jest społeczeństwo pokazuje najsłabsze ogniwo, a nie to najmocniejsze. Miarą miłości jest umiejętność pochylania się nad słabszymi.

św. Mikołaj biskup czy krasnal?

Dziś 6 grudnia – wspomnienie św. Mikołaja biskupa z Mirry.

Historia postaci sięga III wieku choć brak na to jednoznacznych dowodów. Mikołaj był biskupem Miry w Licji i podobno uczestniczył w soborze nicejskim z 325 roku. Historycy nie odnaleźli jednak żadnego zapisu, który potwierdzałby istnienie takiej postaci.

Wzmianki o świętym Mikołaju pojawiają się dopiero w wieku VI, ponad 200 lat po jego domniemanej śmierci, za panowania cesarza Justyniana. Zapisano wówczas krótką opowieść zwaną Stratelatis (Praxis de Stratelatis, „Oficerowie”), według której Mikołaj uratował życie sześciu żołnierzom cesarza Konstantyna.

Od VI do drugiej połowy VIII wieku nie zapisano żadnych nowych informacji o Mikołaju. Dopiero w aktach drugiego soboru nicejskiego z 787 roku zanotowano, że jeden z archidiakonów miał sen, w którym ukazał się święty Mikołaj.

Z początkiem IX wieku w źródłach pojawia się coraz więcej postaci o imieniu Mikołaj, co świadczyć może o rosnącej popularności kultu świętego.

Obraz Mikołaja

W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest z brodą, w szatach biskupa rytu łacińskiego lub greckiego, z mitrą i pastorałem. Najczęściej w jednej ręce trzyma księgę a drugą wykonuje gest błogosławieństwa. Wśród jego atrybutów występują rekwizyty z legend – między innymi trzy złote kule, trzy jabłka, troje dzieci w cebrzyku, kotwica czy okręt.

Mikołaj był uważany za świętego, który udziela pomocy w każdej potrzebie. Popularność kultu spowodowała, że poświęcono mu tysiące kościołów, ołtarzy, kaplic, szpitali i hospicjów. Historycy wyliczyli, że w roku 1500 liczba poświęconych Mikołajowi kościołów, tylko w Europie zachodniej przekroczyła 2000.

Już w średniowieczu uważano Mikołaja za patrona dzieci.

Mikołaj jest dziś patronem: Albanii, Grecji, Rosji, Aberdeen, Antwerpii, Bari, Berlina, Bydgoszczy, Chrzanowa, Elbląga, Głogowa, Miry, Moskwy, Nowogrodu, bednarzy, wytwórców guzików, cukierników i piekarzy, panien szukających kandydata na męża, gorzelników i piwowarów, jeńców, kancelistów parafialnych, kierowców, kupców, marynarzy, rybaków i żeglarzy oraz flisaków, młynarzy, uczonych i studentów, notariuszy, obrońców wiary przed herezją, pielgrzymów i podróżnych, sędziów i więźniów, sprzedawców perfum, wina, zboża i nasion, pojednania Wschodu i Zachodu.

To święty, który łączy Kościół Wschodni i Zachodni. Wspominany jest w Kościele katolickim i prawosławnym. Jak dla mnie jeden z najbardziej ekumenicznych świętych. Zbliża dwie Tradycje i może stanowić jeden z filarów mostu do braterskiego połączenia. Kiedyś.

A dziś?

Dziś na ulicach naszych miast możemy spotkać innego Mikołaja. Takiego w czerwonym kubraku, w czapce z pomponem zamiast mitry i workiem prezentów zamiast pastorału. Już od wczoraj w internecie trwa kolejna odsłona wojny polsko-polskiej pt.: Mikołaj biskup kontra Mikołaj-krasnal.

Przyznam, że coraz bardziej irytuje mnie to święte oburzenie. Wszyscy „święci polscy katolicy” leją pastorałem biskupim cały świat po głowach zarzucając im ignorancję i zakłamanie rzeczywistości, bo tamci wierzą w Mikołaja w czerwonym wdzianku.

Czy tylko ja myślę, że powinniśmy być mu wdzięczni? Bo Mikołaj (ten nieświęty) robi dobrą robotę, naszą robotę! Bo może właśnie z okazji mikołajek jakieś dziecko na końcu świata dostanie dziś pierwszą w swoim życiu parę nowych butów? Może ktoś na drugim końcu mojego miasta zje dziś ciepły posiłek, jedyny w tym tygodniu? Albo dostanie parę zimowych butów właśnie z okazji mikołajek? Nie od biskupa z Miry, ale od tego skomercjalizowanego krasnala z Laponii. Bo dzięki niemu w ten jeden dzień w roku jest więcej miłości, więcej radości i więcej dobra? Wiec może zamiast krytyki weźmy się do roboty? Może ramię w ramie z krasnalem-Mikołajem?

Nie twierdzę, że teraz mamy porzucić tradycję. Uczmy dzieci historii o biskupie Mikołaju, tłumaczmy różnice. Ale idąc za przykładem świętego biskupa bądźmy z ludźmi, dla ludzi, bardziej ekumeniczni, pełni miłości bliźniego i otwarci na człowieka.

————

Zobacz też tekst o Adwencie.

Do grzesznika poszedł w gościnę

W dzisiejszej Ewangelii Zacheusz i Jezus spotykają się. Bogaty celnik i Bóg. Zacheusz wchodzi na drzewo by zobaczyć przechodzącego Jezusa. Ale o jego intencji wiemy niewiele. Był niskiego wzrostu, chciał z drzewa zobaczyć lokalnego celebrytę? Nauczyciela? Chciał zaspokoić swoją ciekawość? Czy liczył na coś więcej? Chciał spotkać Jezusa, bo wierzył, że jest Bogiem? Bo słyszał o Jego cudach? Ewangelista nie skupia się na tym w ogóle. Jezus nie skupia się na tym wcale. Podchodzi i mówi: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Jezus zachowuje się jakby spotkał przyjaciela, kogoś kogo dawno nie widział, za kim się stęsknił.

Zacheusz schodzi z pośpiechem i rozradowany zaprasza Jezusa do siebie. Na człowieka niskiego wzrostu i niechlubnego zawodu spojrzał Bóg i chce zatrzymać się w jego domu. Zacheusz czuje się dostrzeżony, wyróżniony. Zdaje się nie słyszeć szemrania tłumu: «Do grzesznika poszedł w gościnę».

W jego serce wlewa się Miłość. Spotkanie Boga, który przychodzi właśnie do niego sprawia, że serce Zacheusza otwiera się na drugiego człowieka. W efekcie oddaje połowę majątku ubogim. Wcześniej jakby ich nie dostrzegał. Jezus po raz kolejny dokonuje cudu. Otwiera serce i przywraca wzrok, wzrok duszy. Przywraca godność człowiekowi i otacza go Miłością, która nie może nie rozlać się dookoła. Tak właśnie działa spotkanie z Jezusem. Zmienia człowieka i cały jego świat wokół. Jezus zapala nas jak zgaszoną świeczkę. Zapala w nas płomień Miłości. Zaczynamy promieniować i ogrzewać wszystkich, którzy przylgną do tego płomienia świecy.

Pytanie dla nas: po której dziś jestem stronie? Jesteś Zacheuszem, który zaprasza Boga do swojego domu? Raduje się i rozdaje połowę majątku. Czy kimś z tłumu wołającym: «Do grzesznika poszedł w gościnę»? Bo przecież ja jestem dobrym człowiekiem i do mnie nie chce przyjść, a do takiego celnika (grzesznika) idzie? Jak to?!

Prawda jest taka, że sami stawiamy Bogu granice: do 'dobrego katolika' może przyjść, ale do człowieka grzesznego już nie. Dziś celników nie mamy, ale jest wiele grup wykluczonych. Osoby bezdomne, niewierzące czy lgbt. Spychamy ich na bok świadomości, na obrzeża społeczności. Nie chcemy ich widzieć. A jeśli dostrzegamy to po to, by wytykać palcami, omijać szerokim łukiem. Czy Jezus mógłby przyjść w gościnę do kogoś z nich? Do grzesznika? No jasne, że tak. Pytanie czy ucieszysz się z tego, że: Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło? czy będziesz strzelał fochy? Czy wierzysz, w to, że Bóg może przyjść do każdego? Czy jesteś otwarty na to, że Bóg przychodzi kiedy chce i jak chce do każdego człowieka? Że ma drogę do każdego człowieka, jedyną wyjątkową i niepowtarzalną?

—————

Post pochodzi z bloga tedeo.pl