Kim jest teolog?

Czym jest teologia?

Zacznijmy może od tego czy teologia nie jest. Teologia nie jest dywagacją o Bogu. Nie jest filozoficznym rozważaniem Jego istoty i istnienia. Zamykaniem Go w ramy coraz to nowych przymiotników: sprawiedliwy czy miłosierny (czy Boże miłosierdzie i sprawiedliwość wykluczają się?)? Tłumaczeniem dogmatu o wcieleniu Jezusa i kontemplacją unii hipostatycznej. Owszem teologia zajmuje się tym wszystkim. Ale jest czymś więcej.

Teologia to bardzo konkretna nauka, nauka o człowieku i otaczającej go rzeczywistości oraz ich wzajemnym odniesieniu do Boga. O ich wzajemnych relacjach, o kontekście w jakim wiara w Boga istnieje, dojrzewa i funkcjonuje. O tym, jak w świecie tak skomplikowanym, jak nasz współczesny żyje się człowiekowi z wiarą, i w wierze.

Teologia jak każda nauka akademicka ma swoje metody, źródła poznania. Posługuje się metodami empirycznymi, społecznymi, filozoficznymi. Z jednej strony filozofia starożytna, historia Kościoła, apologetyka, dogmatyka, a z drugiej teologia polityczna, społeczna, teologia pracy, retoryka i prawo.

Kim jest teolog?

Teolog to, osoba, która potrafi spojrzeć na otaczającą go rzeczywistość z perspektywy osoby wierzącej. Widzieć w niej dzieło Boże, dar, zadanie i odpowiedzialność. Nie chodzi o to, by chodzić od domu do domu i nauczać religii. Ale by z religią umieć znaleźć się w codzienności.

Teolog coraz częściej staje się dobrym materiałem na pracownika w przeróżnych dziedzinach (bankowości, administracji, marketingu itd). Właśnie przez to, że pracodawca widzi w nim osobę moralną, kierująca się wartościami, która będzie po prostu dobrym, uczciwym pracownikiem. A ze szczegółów można taką osobę doszkolić. Wiem coś o tym. Sama pracowałam jako PR-owiec, redaktor czy marketingowiec.

Jak to jest i co to znaczy, że jestem teologiem?

Tak mam wykształcenie teologiczne.

Kiedy zdarza mi się mówić osobom nieznajomym, że jestem z wykształcenia teologiem, z reguły mogę zaobserwować 3 reakcje.

Pierwszą stanowią Ci, którzy wiedzą, o co chodzi i prawie zawsze pytają czy jestem katechetką. Otóż nie, nie jestem. Nie mam nic do katechetów, wiele moich koleżanek i kolegów nimi jest. To ciężka praca, która często spotyka się z kpiną i niewdzięcznością. Więc jak już wytłumaczę się z tego pytania to najczęściej pada kolejne: to co właściwie robisz? I tak zaczyna się żmudna dyskusja o łączeniu wielu zajęć w jedną spójną całość.

Drugą postawą, którą często obserwuję jest zachowanie osoby niezorientowanej w temacie. Na jej twarzy maluje się wtedy pytające zdziwienie. Kiedy doprecyzowuję odpowiedź, owo zdziwienie miesza się czasem w przerażeniem: „Jesteś zakonnicą? Gdzie masz sukienkę (habit)?” No więc nie, nie jestem zakonnicą. Jestem żoną i mamą.

Trzecia grupa to Ci wszyscy, którzy znajdują się pośrodku tych dwóch skrajności. Zazwyczaj w takim momencie w wyobraźni widzą skrzyżowanie zakonnicy, z „moherowym beretem”, trzymającym w jednej ręce różaniec, a w drugiej  krzyż (do okładania nim niewiernych rzecz jasna). Czasem widzą połączenie pani od religii z yeti – osobnikiem, który ponoć istnieje, ale nikt go nie widział. Tak samo sytuacja ma się z teologami świeckimi. Ponoć są, rzadko ich widać,  nie wiadomo czym się zajmują, a w ogóle, co to za twór „kobieta – teolog”?

Tak czy siak, takie spotkanie kończy się zwykle pytaniami „po co ci to?”, „dlaczego?” i „skąd taki pomysł?”. Potem następuje cała wyliczanka, tego czym się zajmuję, gdzie pracuję i co ma „piernik do wiatraka”. A potem każde z nas wraca do swojego ogródka.

Po co mi to?

Na pozór nic wielkiego. Mam jednak nadzieję, że to spotkanie sprawi, że w głowie tej osoby zrodzi się pytanie, a może wątpliwość dotycząca wiary. Może jeszcze nie dziś, nie jutro, może kiedyś. W najmniej odpowiednim momencie. I wtedy w odmętach pamięci przypomną sobie, że takie 'jednostki' istnieją. Że można im zadać pytanie, którego nie zadaje się znajomym, że można pytać i zobaczyć zrozumienie, że zaakceptują wątpliwości, przemówią bardziej ludzkim językiem. Bo przecież żyją normalnym życiem jak wszyscy. Jestem więc i czekam na to „kiedyś”.

Jeśli masz pytania pisz na maila. Zapraszam też na fb.

A wszystkim, którzy zastanawiają się nad studiowaniem teologii polecam. To dziedzina, która łączy w sobie przedmioty humanistyczne (historia), filozoficzne (logika, metafizyka), języki obce (egzotyczne jak: łacina, starożytna greka, hebrajski oraz współczesne), czy społeczne (KNS) oraz wiele innych. Po więcej zapraszam do wpisu tu.

fot.Death to stock Marzocco Coffee 10

Jestem mamą – to moja kariera

Mamą być

Moja przygoda z byciem mamą zaczęła się ponad 7 lat temu. Od pierwszej chwili gdy zobaczyłam „te” dwie kreski. Faktycznie mamą zostałam we wrześniu 2013 roku, ale te emocje oczekiwania, ta niepewność czy wszystko będzie dobrze, czy dam radę zostaną ze mną na zawsze. Pokochałam moją córkę od chwili gdy dowiedziałam się, że nasza rodzina się powiększa. Tak samo było ze wszystkimi naszymi dziećmi. Pokochałam je gdy jeszcze ich nie znałam. I każdego dnia kocham mocniej. Dziś jestem wielo-mamą ?

Bycie mamą to coś więcej niż posiadanie dzieci.

To radość narodzin, to trud pierwszych miesięcy, nocnego wstawania, walki o każdą kroplę pokarmu, zachwyt nad pierwszymi uśmiechami, słowami, krokami. To niepewność, stres, zarwane nocki, podkrążone oczy. To wszystkie całusy, naszyjniki z małych ramion zarzucane na szyję, wszystkie wytarte łzy, przepłakane noce, zaklejone kolana, uczesane warkoczyki, przeczytane bajki. To wszystkie laurki i obrazki. Przedszkolne przedstawienia, piosenki i wierszyki. To wszystkie humory, fochy, złości i frustracje. To nieustanna troska, niepewność, modlitwa, wsparcie, towarzyszenie. To wychodzenie naprzeciw. Wszystko to i jeszcze więcej.

Każdy dzień urodzin moich dzieci to kolejna moja rocznica bycia mamą. Każdy Dzień Mamy to piękne święto, ale to też czas na rachunek sumienia. Czy daję moim dzieciom to, czego potrzebują? Czy pomagam im wzrastać w miłości? Czy  prowadzę je do Boga? Czy jestem dobrą mamą? Jaki był ten ostatni rok mojego macierzyństwa? Pytań jest wiele.

Bycie mamą jest piękne, ale i szalenie trudne.

Nie chodzi mi o te wszystkie nieprzespane noce, kolki, pomazane ściany czy rozdeptane klocki. Mam na myśli ten strach, który czasem przychodzi gdy uświadamiam sobie, że dzieci rosną, stają się coraz bardziej samodzielne, chcą więcej wolności, chcą same decydować. Czasem chcą iść w pidżamie do przedszkola, w sandałach na śnieg, czy w poniedziałek rano w odwiedziny do babci. Ale z czasem te dylematy będą poważniejsze, czasem nieodwracalne, nie wszystkie słuszne. A ja będę musiała pozwolić im podejmować własne decyzje, nie narzucać zdania, czekać aż zapytają o radę. Ta świadomość, że nie ochronię ich przed każdym trudem, każdą złą decyzją, złamanym sercem, kiepskim wyborem. To najtrudniejsze w byciu mamą – pozwolić dzieciom popełniać własne błędy. Tylko tak nauczą się wybierać dobrze. To dlatego papież Jan Paweł II mówił, że wolność jest darem i zadaniem. Trzeba nauczyć się z niej korzystać.

Dziś gdy jestem mamą jeszcze bliższa jest mi Maryja. Jest wzorem, jest ucieczką, jest obroną i wsparciem. Jest też matką dla moich dzieci więc powierzam je Jej miłości i opiece. Ona będzie z nimi zawsze.

Jak to jest być siostrą księdza?

Być siostrą

Tak jestem siostrą (nie zakonną przecież, tylko siostrą dla swoich braci :D). Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Choć to „wielo” nie oznacza wcale bardzo dużo. Jest nas trójka rodzeństwa. Mam dwóch braci.

Być starszą siostrą

Z całej naszej trójki to ja jestem najstarsza. Co jest nie lada wyzwaniem i bardzo mocno ukształtowało mój charakter, poczucie obowiązku, odpowiedzialności, dojrzałości i samodzielności. Od wczesnych lat dziecięcych byłam „Zosią-samosią”.

Bycie starszą siostrą dwóch młodszych braci to również wielkie źródło przeżyć, doświadczeń, możliwość zerknięcia do „męskiego świata” od dzieciństwa, poznanie twardej sztuki negocjacji od podszewki 🙂

Stosunkowo niewielka różnica wieku jaka jest między mną i środkowym bratem (który jest księdzem, zakonnikiem) sprawiła, że gdy wyrośliśmy już z dziecięcych potyczek i kłótni, zaczęliśmy czerpać z całego bogactwa możliwości współpracy, solidarności, rozmowy, po prostu przyjaźni. To własnie on nauczył mnie wierzyć, że przyjaźń damsko-męska jest możliwa, że warta jest zachodu, że może być odkrywcza i budująca. To właśnie brat zna wiele tajemnic, których nie poznali ani rodzice, ani żadna przyjaciółka. To z bratem mogłam rozmawiać do późnych godzin nocnych na każdy temat. Razem broiliśmy, wpadaliśmy na głupie pomysły, razem wyjeżdżaliśmy na kolonie i obozy, potem rekolekcje, razem też należeliśmy do wspólnoty (przez krótki czas).

Z młodszym bratem sytuacja jest zupełnie inna. Różnica wieku, jaka jest miedzy nami (11 lat) sprawiła, że nasza relacja nabrała nieco innego charakteru. Naturalne jest, że dwóm braciom było do siebie bliżej. Ja stałam się bardziej opiekunką dla młodszego. Do dziś pamiętam ten moment, w którym jako 10-latka dowiedziałam się, że nasza rodzina się powiększy. Ten przypływ radości. Pokochałam go już w tamtej chwili, choć nie wiedziałam jeszcze czy będzie brat czy siostra.

Niezależnie od tego jak daleko od siebie mieszkamy wiem, że zawsze mogę na nich liczyć, wiem, że jest ktoś do kogo mogę zadzwonić. Nawet jeśli nie odbierze od razu 🙂 Rodzeństwo to taka przyjazna wyspa na oceanie życia (czasem burzliwym).

Być starszą siostrą księdza

Jak bardzo bycie starszą siostrą różni się od bycia starszą siostrą księdza? Czy to 'ja jestem siostrą księdza' czy raczej 'mam brata księdza'? Mogę powiedzieć tylko na swoim przykładzie. Z racji tej, że i brat-ksiądz i ja skończyliśmy teologię to nasze rozmowy czasem schodzą na tematy około-teologiczne czy kościelne. Wymieniamy się opiniami, polecamy sobie artykułu, czy książki. Ale spokojnie, nie podsyłam mu pomysłów na kazania 😀 Z tym radzi sobie sam. Z tego samego powodu (skoczyłam teologię na wydziale przy seminarium duchownym) mam wielu znajomych księży-kolegów, czy to z rocznika, czy po prostu ze studiów. Myślę też, że trochę dzięki temu mój brat mógł poznać życie seminaryjne/kleryckie od strony czysto praktycznej, po prostu z rozmów z moimi kolegami. Zanim zdecydował się na życie zakonne.

Nie spotykamy się często z racji jego obowiązków, które wypełnia za granicą. Ale rozmawiamy na Skypie. Spotykamy się podczas jego urlopu. Czasem wyjeżdżamy gdzieś całą rodziną.

Myślę też, że przez to że mam brata księdza na wiele spraw około-kościelnych patrzę trochę inaczej. Kościół jest mi bliski jako wspólnota wierzących, ale również jak rodzina, jak dom. Czuje się za niego odpowiedzialna. Mam też wrażenie, że trochę więcej rozumiem. Nie wybielam Kościoła, ale traktuje osobiście.

Wiem też, że na tej relacji korzysta mój brat. Czasem pyta mnie o zdanie, o opinię w jakiejś kwestii. Innym razem ja sprowadzam go na ziemię, żeby nie stracił kontaktu z rzeczywistością, pochłonięty sprawami Bożymi (np. ile kosztuje utrzymanie rodziny). 🙂

Ksiądz w rodzinie

Ale bycie siostrą księdza to również coś innego. Kiedy wyjeżdżamy gdzieś całą rodziną (nie zdarza się to często, ale jednak) to mamy ze sobą również Eucharystię, bez potrzeby szukania kościoła. To możliwość uczestniczenia we mszy św. bez wychodzenia z domu, przed śniadaniem, w kapciach. Nie umniejsza to jej roli czy znaczenia. Jest godnie. Tyle, że w rodzinnym gronie, wokół stołu, tak jak w Kościele pierwotnym. To jakby cały Kościół przychodził do nas. To również wzajemna modlitwa. Świadomość, że w odległym miejscu, jest ktoś kto modli się za mnie, za mojego męża i dzieci. To ksiądz za którego ja się modlę, tak prywatnie, osobiście. Dlatego każda „niedziela powołaniowa”, każdy Tydzień Modlitw o powołania zakonne i misyjne, są dla mnie ważne.

Brat to ktoś bliski, nie obcy, ktoś na kim mi zależy, z kim mam relację. Jeśli więc mamy być „braćmi w Chrystusie”, „trwać na modlitwie i łamaniu chleba jak bracia” to jest to dla nas wskazówka, zadanie i wzór. Pomódl się dziś za jednego księdza.

————-

Zapraszam również do tekstu Mój kościół.

Film pt. Dwóch papieży– spotkanie dwóch skrajności?

Produkcja Netflixa

20 grudnia na Netflixie pojawił się film pt. „Dwóch papieży”. Przyznam się, że od kiedy zobaczyłam zwiastun czekałam na ten film z nieskrywaną ciekawością i niecierpliwością. Zastanawiało mnie, co pokaże Fernando Meirelles i jak bardzo fabularyzowany będzie to obraz Kościoła czasów dwóch różnych papieży.

Każdy z nas nosi w sobie jakiś obraz Benedykta XVI i Franciszka, mniej lub bardziej zbliżony do prawdy. Oparty na lekturze ich encyklik, katechezach czy spotkaniach bądź na newsach z internetu, na memach i wyrwanych z kontekstu cytatach, opiniach i spostrzeżeniach. Taki obraz noszę w sobie i ja. Chciałam skonfrontować, go z obrazem jaki przedstawia reżyser.

Już pierwsze minuty filmu przekonały mnie, że obraz jest tendencyjny, stronniczy i oparty na schematycznym podejściu. Benedykt jako zimny, rozważny i stonowany Niemiec kontra spontaniczny, szczery, latynoski kardynał Bergoglio. Obaj mieszczą się w tym samym Kościele Chrystusa, ale jakby na dwóch biegunach. Wydaje się, że nie łączy ich nic. Żadnej nici porozumienia, „wieje chłodem” – czego nawet nie próbują ukryć. Z moich doświadczeń i rozmów z wieloma osobami wiem, że taki obraz obydwu papieży nosi w sobie gro katolików. Ci, którzy wspominają Benedykta jako tradycjonalistę i strażnika Ewangelii jednocześnie traktują Franciszka niemal jak heretyka. Ci, dla których Franciszek jest reformatorem, otwartym na człowieka i dialog papieżem, jednocześnie wspominają Benedykta jako zastygłego w historii i nieprzystępnego. Ale wróćmy do filmu.

Co w filmie jest prawdziwe?

Główna cześć filmu rozgrywa się latem 2012 roku, podczas pontyfikatu Benedykta XVI. Cała opowieść cofa się jednak do roku 2005, pogrzebu papieża Jana Pawła II i konklawe. W jego drugim dniu wybrany na nowego Ojca Świętego zostaje kardynał Ratzinger. Do scen oddanych w sposób zgodny z rzeczywistością należy również jego abdykacja w roku 2013 oraz kolejne konklawe, w wyniku którego papieżem zostaje kard. Bergoglio przyjmujący imię Franciszka.

Wspomnienia z życia Jorge Bergoglio dotyczące planowania małżeństwa, pracy w laboratorium, seminarium i pełnienia posługi prowincjała jezuitów są zgodne z biografią.

Co jest nieprawdziwe?

Fikcją są natomiast okoliczności odwołania ks. Bergoglio z funkcji przełożonego zakonu i oddelegowanie na prowincję, jakoby w wyniku rzekomej współpracy z reżimem. W rzeczywistości jednak ks. Jorge zakończył przewidzianą statutami swojego zgromadzenia kadencję prowincjała zgodnie z terminem. Następnie został rektorem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu w San Miguel.

Samo spotkanie postaci w Castel Gandolfo latem 2012 roku jest najprawdopodobniej również fikcją filmową. Nie ma bowiem dowodów potwierdzających ten fakt. Ich rozmowy w pokojach i ogrodach Castel Gandolfo to kreacja reżyserska choć oparta na kilku faktach. Chociażby na tym, że Benedykt XVI gra na pianinie, a Franciszek jest fanem futbolu i tanga. Podobnie sprawa ma się z późniejszym spotkaniem w Kaplicy Sykstyńskiej czy zabawna scena wspólnego oglądania finałowego meczu Niemcy – Argentyna na Mundialu w 2014 r.

No i oczywiście wpływ Benedykta XVI na kolejne konklawe również jest wymysłem autora.

Fabuła filmu jest więc częściowo zaczerpnięta z rzeczywistości, a częściowo bazuje na wyobraźni scenarzysty.

Jeśli chcecie dokładnie prześledzić fikcje i prawdę w filmie zerknijcie tu.

Moje doświadczenie

Moje doświadczenie spotkania z papieżem Benedyktem oparte jest głownie na 2005 roku i Światowych Dniach Młodych w Kolonii. Kiedy w 2004 r. zgłosiłam się do udziału w tym wydarzeniu, kiedy się do niego przygotowywałam to papieżem był Jan Paweł II. Wszyscy mieliśmy wtedy nadzieję, że to właśnie w nim spotkamy się w Kolonii. Ojciec Święty jednak podupadł na zdrowiu i w kwietniu 2005 roku zmarł. Wybór kardynałów na konklawe był wielką niewiadomą. Jaki będzie ten papież gdy spotka się z tysiącami młodych, co im powie, jaką relację będzie miał Kościół Benedykta XVI z młodymi? Dość szybko okazało się, że nowy papież czuje się świetnie w towarzystwie młodych, że potrafi być spontaniczny, radosny, ma poczucie humoru i umie być autorytetem. Jasne było, że nie będzie w nim tyle ekspresji co w papieżu słowiańskim. Był inny, był sobą i takiego go wtedy pokochaliśmy – uczestnicy Światowych Dni Młodych. Takie doświadczenie Kościoła, wspólnoty, braterstwa pomimo barier językowych, kulturowych czy społecznych odmienia życie. I zostaje z człowiekiem na zawsze.

Papież Franciszek to Argentyńczyk. Miłość do tanga i piłki nożnej ma wrodzoną, jako kardynał jeździł autobusem i przez wiele lat sam gotował. Ale nie zapominajmy, że jest jezuitą, posługuje się 8 językami, poza filozofią i teologią studiował i wykładał literaturę i psychologię. Był też członkiem kilku dykasterii Kurii Rzymskiej.

Spotkanie

Sensem filmu jest spotkanie tych dwóch skrajnie różnych osobowości. Dwóch innych temperamentów, ich oczekiwań i wzajemnych osądów. Uderzający jest wzajemny szacunek i dystans. W miarę jak rozmówcy stają się bardziej otwarci i czytelni dla siebie nawzajem, ich relacja i wzajemne zrozumienie sprawia, że z oponentów stają się przyjaciółmi. Dzieje się to dopiero gdy każdy z nich odsłania”rysy” na życiorysie i osobowości. Wtedy zaczynają „słuchać”, a nie tylko „słyszeć”. Zaczyna docierać do każdego z nich człowieczeństwo drugiego, a to staje się płaszczyzną porozumienia i wreszcie zrozumienia.

Ja obejrzałam film dwa razy. Nie pokrywa się on z moimi ocenami, doświadczeniami i rozważaniami dotyczącymi obydwu postaci, jednakże bardzo wszystkim polecam obejrzeć. Chociażby dlatego, żeby porównać z własnymi wyobrażeniami.

——————-

Zachęcam do przeczytania tekstu Mój Kościół.

św. Mikołaj biskup czy krasnal?

Dziś 6 grudnia – wspomnienie św. Mikołaja biskupa z Mirry.

Historia postaci sięga III wieku choć brak na to jednoznacznych dowodów. Mikołaj był biskupem Miry w Licji i podobno uczestniczył w soborze nicejskim z 325 roku. Historycy nie odnaleźli jednak żadnego zapisu, który potwierdzałby istnienie takiej postaci.

Wzmianki o świętym Mikołaju pojawiają się dopiero w wieku VI, ponad 200 lat po jego domniemanej śmierci, za panowania cesarza Justyniana. Zapisano wówczas krótką opowieść zwaną Stratelatis (Praxis de Stratelatis, „Oficerowie”), według której Mikołaj uratował życie sześciu żołnierzom cesarza Konstantyna.

Od VI do drugiej połowy VIII wieku nie zapisano żadnych nowych informacji o Mikołaju. Dopiero w aktach drugiego soboru nicejskiego z 787 roku zanotowano, że jeden z archidiakonów miał sen, w którym ukazał się święty Mikołaj.

Z początkiem IX wieku w źródłach pojawia się coraz więcej postaci o imieniu Mikołaj, co świadczyć może o rosnącej popularności kultu świętego.

Obraz Mikołaja

W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest z brodą, w szatach biskupa rytu łacińskiego lub greckiego, z mitrą i pastorałem. Najczęściej w jednej ręce trzyma księgę a drugą wykonuje gest błogosławieństwa. Wśród jego atrybutów występują rekwizyty z legend – między innymi trzy złote kule, trzy jabłka, troje dzieci w cebrzyku, kotwica czy okręt.

Mikołaj był uważany za świętego, który udziela pomocy w każdej potrzebie. Popularność kultu spowodowała, że poświęcono mu tysiące kościołów, ołtarzy, kaplic, szpitali i hospicjów. Historycy wyliczyli, że w roku 1500 liczba poświęconych Mikołajowi kościołów, tylko w Europie zachodniej przekroczyła 2000.

Już w średniowieczu uważano Mikołaja za patrona dzieci.

Mikołaj jest dziś patronem: Albanii, Grecji, Rosji, Aberdeen, Antwerpii, Bari, Berlina, Bydgoszczy, Chrzanowa, Elbląga, Głogowa, Miry, Moskwy, Nowogrodu, bednarzy, wytwórców guzików, cukierników i piekarzy, panien szukających kandydata na męża, gorzelników i piwowarów, jeńców, kancelistów parafialnych, kierowców, kupców, marynarzy, rybaków i żeglarzy oraz flisaków, młynarzy, uczonych i studentów, notariuszy, obrońców wiary przed herezją, pielgrzymów i podróżnych, sędziów i więźniów, sprzedawców perfum, wina, zboża i nasion, pojednania Wschodu i Zachodu.

To święty, który łączy Kościół Wschodni i Zachodni. Wspominany jest w Kościele katolickim i prawosławnym. Jak dla mnie jeden z najbardziej ekumenicznych świętych. Zbliża dwie Tradycje i może stanowić jeden z filarów mostu do braterskiego połączenia. Kiedyś.

A dziś?

Dziś na ulicach naszych miast możemy spotkać innego Mikołaja. Takiego w czerwonym kubraku, w czapce z pomponem zamiast mitry i workiem prezentów zamiast pastorału. Już od wczoraj w internecie trwa kolejna odsłona wojny polsko-polskiej pt.: Mikołaj biskup kontra Mikołaj-krasnal.

Przyznam, że coraz bardziej irytuje mnie to święte oburzenie. Wszyscy „święci polscy katolicy” leją pastorałem biskupim cały świat po głowach zarzucając im ignorancję i zakłamanie rzeczywistości, bo tamci wierzą w Mikołaja w czerwonym wdzianku.

Czy tylko ja myślę, że powinniśmy być mu wdzięczni? Bo Mikołaj (ten nieświęty) robi dobrą robotę, naszą robotę! Bo może właśnie z okazji mikołajek jakieś dziecko na końcu świata dostanie dziś pierwszą w swoim życiu parę nowych butów? Może ktoś na drugim końcu mojego miasta zje dziś ciepły posiłek, jedyny w tym tygodniu? Albo dostanie parę zimowych butów właśnie z okazji mikołajek? Nie od biskupa z Miry, ale od tego skomercjalizowanego krasnala z Laponii. Bo dzięki niemu w ten jeden dzień w roku jest więcej miłości, więcej radości i więcej dobra? Wiec może zamiast krytyki weźmy się do roboty? Może ramię w ramie z krasnalem-Mikołajem?

Nie twierdzę, że teraz mamy porzucić tradycję. Uczmy dzieci historii o biskupie Mikołaju, tłumaczmy różnice. Ale idąc za przykładem świętego biskupa bądźmy z ludźmi, dla ludzi, bardziej ekumeniczni, pełni miłości bliźniego i otwarci na człowieka.

————

Zobacz też tekst o Adwencie.

LGBTQ+ & KK czyli kampania „Przekażmy sobie znak pokoju”

Widzieliście już plakaty kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju” – dwie dłonie w uścisku, na jednej tęczowa bransoletka, a na drugiej różaniec? Tęcza jako symbol osób LGBTQ+, osób popierających czy utożsamiających się z tą grupą społeczną. A z drugiej strony różaniec jako znak osób należących do KK, utożsamiających się w wiarą i nauczaniem KK.

Czytaj dalej LGBTQ+ & KK czyli kampania „Przekażmy sobie znak pokoju”

Dlaczego Kościół czepia się seksu?

O co chodzi z tym seksem?

Jak wygląda edukacja seksualna w naszym kraju sami wiecie. Ale ten wpis Joli sprawił, że zdałam sobie sprawę z tego, że o seksie mówimy rzadko, że nie umiemy mówić o seksie. Że wciąż jest to temat tabu. Zarówno jeśli chodzi o rozmawianie o seksie w rodzinie, w szkole, w kontekście edukacji, jak i moralności.

W dyskusji okołokościelnej seks traktowany jest jak choroba. Tolerowany, wytykany, a najchętniej omijany szerokim łukiem. Czasem mam wrażenie, że w duszpasterstwie o seksie mówi się jedynie w kontekście moralności, a właściwie niemoralności.

Chciałabym temat trochę odczarować.

Czytaj dalej Dlaczego Kościół czepia się seksu?

Nazwa bloga

Przyznam Ci się, że w miarę systematycznie zaglądam tylko na kilka blogów, o tematyce skrajnie różnej. Tych, na które zaglądam sporadycznie jest więcej, ale doba przecież się nie rozciągnie i wszystkiego czytać się nie da. Internet nieustannie walczy o naszą uwagę i żeby całkiem się nie pogrążyć w wirtualnym świecie musimy wybierać to, co chcemy aby do nas dotarło. Musimy nauczyć się trudnej sztuki rezygnowania, wybierania i przesiewania treści, które wpuszczamy do naszej codzienności. Może kiedyś zrobię listę tych blogów, które obserwuję, które mnie inspirują, uczą, które czytam z ciekawością, a czasem z wypiekami na twarzy.

Czytaj dalej Nazwa bloga