Na co czekasz?

Jutro IV niedziela Adwentu.

Za kilka dni przeżywać będziemy Boże Narodzenie. Za chwilę zacznie się też przedświąteczne gotowanie, pieczenie, przygotowanie do Wigilii. Mam wrażenie, że w naszej Polskiej tradycji często przedkładamy Wigilię ponad Boże Narodzenie. Myślimy o potrawach, prezentach, spotkaniach. Dzień Bożego Narodzenia zostaje jakby w cieniu. Warto się teraz zastanowić na co czekam, na kogo czekam? Czekam na rodzinne spotkanie? Na słodkiego bobasa leżącego na sianku w szopce? Może czekam po prostu na wolny dzień, na spokój, odpoczynek, na prezenty.

Boże Narodzenie to nie cukierkowa historia o małym bobasku, który przynosi wszystkim to, co sobie wymarzyli. To historia prawdziwego, trudnego czasem życia z Bogiem pod jednym dachem. Zaskakująca, pełna zwrotów akcji, ale i pełna wyrzeczeń czy przekraczania siebie.

Maryja i Józef wybrali się na spis ludności. Pewnie nie bardzo podobał im się pomysł takiej podróży na ostatnim etapie ciąży. W domu mieli wszystko przygotowane na narodzenie dziecka. W podróż zabrali to, co niezbędne. Liczyli, że zdążą wrócić nim na świat przyjdzie syn. Stało się inaczej. Jezus rodzi się w najmniej spodziewanym miejscu i czasie, w obcym miejscy. Zaskakuje wszystkich, nawet rodziców. Ewangelia wg. Św. Mateusza podaje, że zaraz po urodzeniu, gdy w Herodzie wezbrała złość i kazał zabić wszystkie niemowlęta, Józef z rodziną uciekają do Egiptu. Do przygotowanego domu nie wracają. Zostawiają za sobą wszyto i idą za wolą Bożą. Uczą nas, że mamy  być gotowi do drogi, nie zapuszczać korzeni.

Dla Józefa ostatnie miesiące były wyzwaniem. Najpierw dowiaduje się, że jego narzeczona widziała anioła, rozmawiała z nim, że w dodatku jest w ciąży, nie z nim, że przyjdzie mu wychowywać nieswojego syna, ale bożego? A teraz zamiast wrócić do domu muszą uciekać. Przekonuje się na własnej skórze, że życie z Bogiem nie ma nic wspólnego ze spokojem. To droga pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, niespodzianek, wyzwań. Życie z Bogiem nie oznacza, że od teraz już będzie dobrze, wszystko się ułoży, będę mógł odetchnąć. Życie z Bogiem pod jednym dachem to rollercoster. Jesteś na to gotowy? Bo ja przekonuję się każdego dnia, że jednak nie bardzo. Chcemy słodkiego bobasa, który się do nas uśmiechnie, pomacha i wszystko zmieni na lepsze. A tymczasem pojawienie się dziecka w domu to rewolucja. Pojawienie się Dziecka Bożego to jeszcze większa rewolucja. Nie ma co liczyć na spokój, błogie lenistwo, czy odpoczynek. Ta droga nie będzie łatwa. Ale będzie pełna Miłości, Mądrości, zaskoczenia, niespodzianek, radości i smutków. Po ludzku, życie z Bogiem się nie opłaca. Kto zdrowy na umyśle chciałby każdego dnia mieć rewolucję, nieoczekiwane zwroty akcji? Marzymy o spokojnych świętach, odpoczynku, stabilnym życiu, porządku, zabezpieczeniu finansowym. Z Bogiem tak się nie da. Trzeba rzucić się na głęboką wodę, zaufać. On sam będzie działał. Trzeba puścić ster własnego życia i oddać Bogu.

Gotowy na takie życie? Pełne niespodzianek i zwrotów akcji? Jeszcze masz chwilę czasu by zdecydować.

Modlić się o nawrócenie najbliższych?

Twój mąż/ żona/ brat zrezygnował z budowania więzi z Bogiem? Twoja przyjaciółka/ siostra „obraziła się na Kościół”?

Co zrobić gdy bliskie nam osoby rezygnują z Kościoła, rezygnują z relacji z Bogiem?

Co zrobić gdy dzieci/mąż/żona nie chcą już chodzić wspólnie na niedzielną mszę świętą? Gdy przestają przyjmować sakramenty/ modlić się/ być częścią żywego Kościoła?

Po pierwsze warto zapytać dlaczego tak jest, co się stało, skąd zmiana? Może to wynik jakiegoś wydarzenia, trudnej sytuacji. Może w ich życiu wydarzyło się coś niewyobrażalnego, co wpłynęło na tę decyzję. To, że ktoś przestaje chodzić do kościoła to tylko objaw. Warto poznać przyczynę takiej decyzji. Taka nagła zmiana musiała być wywołana przez jakiś czynnik. Jeśli bliska ci osoba nie chcę się z tobą podzielić swoimi powodami, lub nie jest na to gotowa, to warto dać jej czas, nie naciskać. To bardzo osobista sprawa, delikatna, wymagająca cierpliwości.

Po drugie warto się zastanowić po co chcę się modlić o nawrócenie bliskiej osoby? Żeby było mi lepiej? wygodniej? łatwiej się żyło?

To, że ktoś ci bliski przestaje praktykować jeszcze nie jest powodem do zmartwień. Jeśli to kryzys wiary to przestań się martwić. Wszyscy wielcy święci przechodzili przez kryzysy. Tak, dokładnie. Kryzys to zdrowy objaw. To dobry objaw. Żeby się rozwijać potrzebujemy kryzysów. Wtedy zadajemy pytania. Wtedy dojrzewamy. Jak jaszczurka porzuca za mała skórę, gdy rośnie.

Kryzys wiary

Z wiarą jest trochę jak z parą butów. W pewnym momencie wyrastamy z tych dziecięcych, stają się dla nas za ciasne. Wyrastamy z wiary, którą przekazali nam rodzice. Zaczynamy zadawać pytania, szukać. Potrzebujemy odpowiedzieć sobie na pytanie: czy wierzę? W co wierzę? Komu wierzę? To proces potrzebny, wręcz niezbędny żebyśmy mogli wzrastać.

Najgorsze co możemy zrobić to zmuszać kogoś do praktyk religijnych, wypominać mu, robić wyrzuty. To przynosi tylko odwrotny skutek. Wtedy obraz Boga jaki pokazujemy tej osobie staje się karykaturą. Bóg staje się policjantem-księgowym, który podlicza obecności w kościele, modlitwy, nabożeństwa i wystawia mandaty. Chyba nie tego chcemy dla naszych bliskich?

Jeśli chcesz

Cały Nowy Testament wypełniony jest Jezusowym „jeśli chcesz”.  Tak jak nie da się zmusić kogoś do miłości tak nie da się zmusić go do wiary. Wiara jest darem, jest łaską. Można się na ten dar otworzyć lub zamknąć. Można ten dar porzucić. My możemy modlić się o dar wiary dla kogoś, ale decyzja zawsze należy do tej osoby. Nasza modlitwa nigdy nie jest „zmarnowana”. Ona zmienia przede wszystkim naszą duszę, nasze serce. To nasz czas który oddajemy Bogu.

Pewien ksiądz wykładowca powiedział mi kiedyś, że Bóg wysłuchuje wszystkich modlitw, na niektóre po prostu odpowiada „nie”, na inne „jeszcze nie teraz”, albo „mam coś lepszego dla ciebie”. Zaufajmy Bogu. On zmienia serca nasze. On widzi nasze zmaganie, wytrwałość w modlitwie za bliskich.

Czy powinnam modlić się o nawrócenie kogoś bliskiego?

Modlić się o nawrócenie powinniśmy przede wszystkim własne. O co się więc modlić dla najbliższych? O mądrość, o odkrycie powołania, o doświadczenie Bożej miłości, o łaskę wiary, o otwartość serca.

Bóg daje nam więcej niż prosimy. Prosisz Go o szklankę wody a On chce ci dać ocean. Nie ograniczajmy Go naszą prośbą. Pozwólmy mu dać nam więcej. Bądźmy otwarci. Módlmy się za naszych bliskich, ale pozwólmy, żeby to Bóg decydował o darach jakimi ich obdarza. Zaufaj Bogu.

————

Zapraszam Cię również do tekstu o Kościele.

Jestem mamą – to moja kariera

Mamą być

Moja przygoda z byciem mamą zaczęła się ponad 7 lat temu. Od pierwszej chwili gdy zobaczyłam „te” dwie kreski. Faktycznie mamą zostałam we wrześniu 2013 roku, ale te emocje oczekiwania, ta niepewność czy wszystko będzie dobrze, czy dam radę zostaną ze mną na zawsze. Pokochałam moją córkę od chwili gdy dowiedziałam się, że nasza rodzina się powiększa. Tak samo było ze wszystkimi naszymi dziećmi. Pokochałam je gdy jeszcze ich nie znałam. I każdego dnia kocham mocniej. Dziś jestem wielo-mamą ?

Bycie mamą to coś więcej niż posiadanie dzieci.

To radość narodzin, to trud pierwszych miesięcy, nocnego wstawania, walki o każdą kroplę pokarmu, zachwyt nad pierwszymi uśmiechami, słowami, krokami. To niepewność, stres, zarwane nocki, podkrążone oczy. To wszystkie całusy, naszyjniki z małych ramion zarzucane na szyję, wszystkie wytarte łzy, przepłakane noce, zaklejone kolana, uczesane warkoczyki, przeczytane bajki. To wszystkie laurki i obrazki. Przedszkolne przedstawienia, piosenki i wierszyki. To wszystkie humory, fochy, złości i frustracje. To nieustanna troska, niepewność, modlitwa, wsparcie, towarzyszenie. To wychodzenie naprzeciw. Wszystko to i jeszcze więcej.

Każdy dzień urodzin moich dzieci to kolejna moja rocznica bycia mamą. Każdy Dzień Mamy to piękne święto, ale to też czas na rachunek sumienia. Czy daję moim dzieciom to, czego potrzebują? Czy pomagam im wzrastać w miłości? Czy  prowadzę je do Boga? Czy jestem dobrą mamą? Jaki był ten ostatni rok mojego macierzyństwa? Pytań jest wiele.

Bycie mamą jest piękne, ale i szalenie trudne.

Nie chodzi mi o te wszystkie nieprzespane noce, kolki, pomazane ściany czy rozdeptane klocki. Mam na myśli ten strach, który czasem przychodzi gdy uświadamiam sobie, że dzieci rosną, stają się coraz bardziej samodzielne, chcą więcej wolności, chcą same decydować. Czasem chcą iść w pidżamie do przedszkola, w sandałach na śnieg, czy w poniedziałek rano w odwiedziny do babci. Ale z czasem te dylematy będą poważniejsze, czasem nieodwracalne, nie wszystkie słuszne. A ja będę musiała pozwolić im podejmować własne decyzje, nie narzucać zdania, czekać aż zapytają o radę. Ta świadomość, że nie ochronię ich przed każdym trudem, każdą złą decyzją, złamanym sercem, kiepskim wyborem. To najtrudniejsze w byciu mamą – pozwolić dzieciom popełniać własne błędy. Tylko tak nauczą się wybierać dobrze. To dlatego papież Jan Paweł II mówił, że wolność jest darem i zadaniem. Trzeba nauczyć się z niej korzystać.

Dziś gdy jestem mamą jeszcze bliższa jest mi Maryja. Jest wzorem, jest ucieczką, jest obroną i wsparciem. Jest też matką dla moich dzieci więc powierzam je Jej miłości i opiece. Ona będzie z nimi zawsze.

Jak to jest być siostrą księdza?

Być siostrą

Tak jestem siostrą (nie zakonną przecież, tylko siostrą dla swoich braci :D). Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Choć to „wielo” nie oznacza wcale bardzo dużo. Jest nas trójka rodzeństwa. Mam dwóch braci.

Być starszą siostrą

Z całej naszej trójki to ja jestem najstarsza. Co jest nie lada wyzwaniem i bardzo mocno ukształtowało mój charakter, poczucie obowiązku, odpowiedzialności, dojrzałości i samodzielności. Od wczesnych lat dziecięcych byłam „Zosią-samosią”.

Bycie starszą siostrą dwóch młodszych braci to również wielkie źródło przeżyć, doświadczeń, możliwość zerknięcia do „męskiego świata” od dzieciństwa, poznanie twardej sztuki negocjacji od podszewki 🙂

Stosunkowo niewielka różnica wieku jaka jest między mną i środkowym bratem (który jest księdzem, zakonnikiem) sprawiła, że gdy wyrośliśmy już z dziecięcych potyczek i kłótni, zaczęliśmy czerpać z całego bogactwa możliwości współpracy, solidarności, rozmowy, po prostu przyjaźni. To własnie on nauczył mnie wierzyć, że przyjaźń damsko-męska jest możliwa, że warta jest zachodu, że może być odkrywcza i budująca. To właśnie brat zna wiele tajemnic, których nie poznali ani rodzice, ani żadna przyjaciółka. To z bratem mogłam rozmawiać do późnych godzin nocnych na każdy temat. Razem broiliśmy, wpadaliśmy na głupie pomysły, razem wyjeżdżaliśmy na kolonie i obozy, potem rekolekcje, razem też należeliśmy do wspólnoty (przez krótki czas).

Z młodszym bratem sytuacja jest zupełnie inna. Różnica wieku, jaka jest miedzy nami (11 lat) sprawiła, że nasza relacja nabrała nieco innego charakteru. Naturalne jest, że dwóm braciom było do siebie bliżej. Ja stałam się bardziej opiekunką dla młodszego. Do dziś pamiętam ten moment, w którym jako 10-latka dowiedziałam się, że nasza rodzina się powiększy. Ten przypływ radości. Pokochałam go już w tamtej chwili, choć nie wiedziałam jeszcze czy będzie brat czy siostra.

Niezależnie od tego jak daleko od siebie mieszkamy wiem, że zawsze mogę na nich liczyć, wiem, że jest ktoś do kogo mogę zadzwonić. Nawet jeśli nie odbierze od razu 🙂 Rodzeństwo to taka przyjazna wyspa na oceanie życia (czasem burzliwym).

Być starszą siostrą księdza

Jak bardzo bycie starszą siostrą różni się od bycia starszą siostrą księdza? Czy to 'ja jestem siostrą księdza' czy raczej 'mam brata księdza'? Mogę powiedzieć tylko na swoim przykładzie. Z racji tej, że i brat-ksiądz i ja skończyliśmy teologię to nasze rozmowy czasem schodzą na tematy około-teologiczne czy kościelne. Wymieniamy się opiniami, polecamy sobie artykułu, czy książki. Ale spokojnie, nie podsyłam mu pomysłów na kazania 😀 Z tym radzi sobie sam. Z tego samego powodu (skoczyłam teologię na wydziale przy seminarium duchownym) mam wielu znajomych księży-kolegów, czy to z rocznika, czy po prostu ze studiów. Myślę też, że trochę dzięki temu mój brat mógł poznać życie seminaryjne/kleryckie od strony czysto praktycznej, po prostu z rozmów z moimi kolegami. Zanim zdecydował się na życie zakonne.

Nie spotykamy się często z racji jego obowiązków, które wypełnia za granicą. Ale rozmawiamy na Skypie. Spotykamy się podczas jego urlopu. Czasem wyjeżdżamy gdzieś całą rodziną.

Myślę też, że przez to że mam brata księdza na wiele spraw około-kościelnych patrzę trochę inaczej. Kościół jest mi bliski jako wspólnota wierzących, ale również jak rodzina, jak dom. Czuje się za niego odpowiedzialna. Mam też wrażenie, że trochę więcej rozumiem. Nie wybielam Kościoła, ale traktuje osobiście.

Wiem też, że na tej relacji korzysta mój brat. Czasem pyta mnie o zdanie, o opinię w jakiejś kwestii. Innym razem ja sprowadzam go na ziemię, żeby nie stracił kontaktu z rzeczywistością, pochłonięty sprawami Bożymi (np. ile kosztuje utrzymanie rodziny). 🙂

Ksiądz w rodzinie

Ale bycie siostrą księdza to również coś innego. Kiedy wyjeżdżamy gdzieś całą rodziną (nie zdarza się to często, ale jednak) to mamy ze sobą również Eucharystię, bez potrzeby szukania kościoła. To możliwość uczestniczenia we mszy św. bez wychodzenia z domu, przed śniadaniem, w kapciach. Nie umniejsza to jej roli czy znaczenia. Jest godnie. Tyle, że w rodzinnym gronie, wokół stołu, tak jak w Kościele pierwotnym. To jakby cały Kościół przychodził do nas. To również wzajemna modlitwa. Świadomość, że w odległym miejscu, jest ktoś kto modli się za mnie, za mojego męża i dzieci. To ksiądz za którego ja się modlę, tak prywatnie, osobiście. Dlatego każda „niedziela powołaniowa”, każdy Tydzień Modlitw o powołania zakonne i misyjne, są dla mnie ważne.

Brat to ktoś bliski, nie obcy, ktoś na kim mi zależy, z kim mam relację. Jeśli więc mamy być „braćmi w Chrystusie”, „trwać na modlitwie i łamaniu chleba jak bracia” to jest to dla nas wskazówka, zadanie i wzór. Pomódl się dziś za jednego księdza.

————-

Zapraszam również do tekstu Mój kościół.

Bóg z nami

Druga niedziela adwentu za nami. Jestem chora, zatoki zawalone, głowa boli. Starsza córka walczy z kaszlem (w nocy też). Młodszą dopadł mega katar i jest na progu zapalenia ucha. Mąż leży ledwo żywy z jelitówką. Synek choć cudowny i pięknie śpi jak na niemowlaka, zaczyna ząbkowanie. Jestem chora, zmęczona, niewyspana, ciągle na stendbaju. Lecę na oparach sił. Do Świąt niespełna 2 tygodnie, w domu chaos i bałagan, kończą się zapasy obiadowe w zamrażarce. Kiedy już myślałam, że udało mi się wybrnąć z tony prania ono piętrzy się niczym zaspa śnieżna. Zastanawiam się tylko, czy bomba już wybuchła, czy jeszcze nie. Czy to już kumulacja, czy za chwilę posypię się coś jeszcze. Czy dzieci też dostaną jelitówki, tym 4-miesięczne niemowlę? Czekam.
Taki Adwent.
W drodze między paczkomatem a spożywczym wstąpiłam na sekundę do otwartego kościoła parafialnego. Zerknęłam na figurę Matki Boskiej Fatimskiej, która stoi w przedsionku. Oddałam Jej to moje czekanie, zmęczenie, niewyspanie. A ona zerknęła ze zrozumieniem jak matka na matkę i dała nieco spokoju.
Adwent to czekanie i tęsknota. Kto lepiej niż matka wie jak to jest czekać? Czekać i tęsknić za kimś kogo jeszcze się nie zna. Za tą mała osobą, która nosi się pod sercem.
Dziś bardziej niż kiedykolwiek czuje i wiem czym jest Adwent.

Kiedy urodził się Jej syn świat nie zatrzymał się ani na chwilę. Ziemia nie przestała się kręcić, nie ustały wojny ani konflikty, nie zniknęły choroby ani katastrofy. Ludzie nie zmienili swojej codzienności w tym momencie. Jezus przyszedł niemal niezauważony. Przyszedł w naszą codzienność nie po to, żeby ją wywrócić do góry nogami. Przyszedł by z nami być w tej codzienności. Najbliżej jak się da. Czuje, że w tym kompletnie nieidealnym czasie jest też i z moją rodziną. On i Jego Matka. Wypełnia ją do ostatniego wolnego centymetra.

Życzę i wam przeżywania reszty Adwentu w przekonaniu, że On jest blisko, że nawet jeśli codzienność jest trudna, to nie jesteśmy w niej sami. Że nawet jeśli te święta przyjdą z zaskoczenia, niespodziewanie, nie wszystko będzie przygotowane, pierogi nie ulepione, mieszkanie nieposprzątane, to On i tak przyjdzie. Żeby być z nami. On – Emmanuel – czyli Bóg z nami.

św. Mikołaj biskup czy krasnal?

Dziś 6 grudnia – wspomnienie św. Mikołaja biskupa z Mirry.

Historia postaci sięga III wieku choć brak na to jednoznacznych dowodów. Mikołaj był biskupem Miry w Licji i podobno uczestniczył w soborze nicejskim z 325 roku. Historycy nie odnaleźli jednak żadnego zapisu, który potwierdzałby istnienie takiej postaci.

Wzmianki o świętym Mikołaju pojawiają się dopiero w wieku VI, ponad 200 lat po jego domniemanej śmierci, za panowania cesarza Justyniana. Zapisano wówczas krótką opowieść zwaną Stratelatis (Praxis de Stratelatis, „Oficerowie”), według której Mikołaj uratował życie sześciu żołnierzom cesarza Konstantyna.

Od VI do drugiej połowy VIII wieku nie zapisano żadnych nowych informacji o Mikołaju. Dopiero w aktach drugiego soboru nicejskiego z 787 roku zanotowano, że jeden z archidiakonów miał sen, w którym ukazał się święty Mikołaj.

Z początkiem IX wieku w źródłach pojawia się coraz więcej postaci o imieniu Mikołaj, co świadczyć może o rosnącej popularności kultu świętego.

Obraz Mikołaja

W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest z brodą, w szatach biskupa rytu łacińskiego lub greckiego, z mitrą i pastorałem. Najczęściej w jednej ręce trzyma księgę a drugą wykonuje gest błogosławieństwa. Wśród jego atrybutów występują rekwizyty z legend – między innymi trzy złote kule, trzy jabłka, troje dzieci w cebrzyku, kotwica czy okręt.

Mikołaj był uważany za świętego, który udziela pomocy w każdej potrzebie. Popularność kultu spowodowała, że poświęcono mu tysiące kościołów, ołtarzy, kaplic, szpitali i hospicjów. Historycy wyliczyli, że w roku 1500 liczba poświęconych Mikołajowi kościołów, tylko w Europie zachodniej przekroczyła 2000.

Już w średniowieczu uważano Mikołaja za patrona dzieci.

Mikołaj jest dziś patronem: Albanii, Grecji, Rosji, Aberdeen, Antwerpii, Bari, Berlina, Bydgoszczy, Chrzanowa, Elbląga, Głogowa, Miry, Moskwy, Nowogrodu, bednarzy, wytwórców guzików, cukierników i piekarzy, panien szukających kandydata na męża, gorzelników i piwowarów, jeńców, kancelistów parafialnych, kierowców, kupców, marynarzy, rybaków i żeglarzy oraz flisaków, młynarzy, uczonych i studentów, notariuszy, obrońców wiary przed herezją, pielgrzymów i podróżnych, sędziów i więźniów, sprzedawców perfum, wina, zboża i nasion, pojednania Wschodu i Zachodu.

To święty, który łączy Kościół Wschodni i Zachodni. Wspominany jest w Kościele katolickim i prawosławnym. Jak dla mnie jeden z najbardziej ekumenicznych świętych. Zbliża dwie Tradycje i może stanowić jeden z filarów mostu do braterskiego połączenia. Kiedyś.

A dziś?

Dziś na ulicach naszych miast możemy spotkać innego Mikołaja. Takiego w czerwonym kubraku, w czapce z pomponem zamiast mitry i workiem prezentów zamiast pastorału. Już od wczoraj w internecie trwa kolejna odsłona wojny polsko-polskiej pt.: Mikołaj biskup kontra Mikołaj-krasnal.

Przyznam, że coraz bardziej irytuje mnie to święte oburzenie. Wszyscy „święci polscy katolicy” leją pastorałem biskupim cały świat po głowach zarzucając im ignorancję i zakłamanie rzeczywistości, bo tamci wierzą w Mikołaja w czerwonym wdzianku.

Czy tylko ja myślę, że powinniśmy być mu wdzięczni? Bo Mikołaj (ten nieświęty) robi dobrą robotę, naszą robotę! Bo może właśnie z okazji mikołajek jakieś dziecko na końcu świata dostanie dziś pierwszą w swoim życiu parę nowych butów? Może ktoś na drugim końcu mojego miasta zje dziś ciepły posiłek, jedyny w tym tygodniu? Albo dostanie parę zimowych butów właśnie z okazji mikołajek? Nie od biskupa z Miry, ale od tego skomercjalizowanego krasnala z Laponii. Bo dzięki niemu w ten jeden dzień w roku jest więcej miłości, więcej radości i więcej dobra? Wiec może zamiast krytyki weźmy się do roboty? Może ramię w ramie z krasnalem-Mikołajem?

Nie twierdzę, że teraz mamy porzucić tradycję. Uczmy dzieci historii o biskupie Mikołaju, tłumaczmy różnice. Ale idąc za przykładem świętego biskupa bądźmy z ludźmi, dla ludzi, bardziej ekumeniczni, pełni miłości bliźniego i otwarci na człowieka.

————

Zobacz też tekst o Adwencie.

Czy można kochać do śmierci?

Co oznacza stwierdzenie kochać kogoś do śmierci? Czy możemy komukolwiek obiecać, że będziemy go kochać do śmierci? Czy jest to wykonalne?

W przypadku dzieci sprawa jest jasna. Dzieci kochamy miłością bezwarunkową, bezterminową. Ale dzieciom nie przysięgamy miłości do śmierci. Za to współmałżonkowi owszem. Ślubujemy tej drugiej osobie miłość, wierność i uczciwość aż do śmierci. Mając dwadzieścia-kilka czy 30 lat, ufamy, że będziemy długo żyć i obiecujemy miłość do śmierci. Moim zdaniem, tak po ludzku, jest to nieosiągalne, niemożliwe do zrealizowania. Powiem więcej, jest to głupotą.

Czytaj dalej Czy można kochać do śmierci?

Dlaczego Kościół czepia się seksu?

O co chodzi z tym seksem?

Jak wygląda edukacja seksualna w naszym kraju sami wiecie. Ale ten wpis Joli sprawił, że zdałam sobie sprawę z tego, że o seksie mówimy rzadko, że nie umiemy mówić o seksie. Że wciąż jest to temat tabu. Zarówno jeśli chodzi o rozmawianie o seksie w rodzinie, w szkole, w kontekście edukacji, jak i moralności.

W dyskusji okołokościelnej seks traktowany jest jak choroba. Tolerowany, wytykany, a najchętniej omijany szerokim łukiem. Czasem mam wrażenie, że w duszpasterstwie o seksie mówi się jedynie w kontekście moralności, a właściwie niemoralności.

Chciałabym temat trochę odczarować.

Czytaj dalej Dlaczego Kościół czepia się seksu?