Modlić się o nawrócenie najbliższych?

Twój mąż/ żona/ brat zrezygnował z budowania więzi z Bogiem? Twoja przyjaciółka/ siostra „obraziła się na Kościół”?

Co zrobić gdy bliskie nam osoby rezygnują z Kościoła, rezygnują z relacji z Bogiem?

Co zrobić gdy dzieci/mąż/żona nie chcą już chodzić wspólnie na niedzielną mszę świętą? Gdy przestają przyjmować sakramenty/ modlić się/ być częścią żywego Kościoła?

Po pierwsze warto zapytać dlaczego tak jest, co się stało, skąd zmiana? Może to wynik jakiegoś wydarzenia, trudnej sytuacji. Może w ich życiu wydarzyło się coś niewyobrażalnego, co wpłynęło na tę decyzję. To, że ktoś przestaje chodzić do kościoła to tylko objaw. Warto poznać przyczynę takiej decyzji. Taka nagła zmiana musiała być wywołana przez jakiś czynnik. Jeśli bliska ci osoba nie chcę się z tobą podzielić swoimi powodami, lub nie jest na to gotowa, to warto dać jej czas, nie naciskać. To bardzo osobista sprawa, delikatna, wymagająca cierpliwości.

Po drugie warto się zastanowić po co chcę się modlić o nawrócenie bliskiej osoby? Żeby było mi lepiej? wygodniej? łatwiej się żyło?

To, że ktoś ci bliski przestaje praktykować jeszcze nie jest powodem do zmartwień. Jeśli to kryzys wiary to przestań się martwić. Wszyscy wielcy święci przechodzili przez kryzysy. Tak, dokładnie. Kryzys to zdrowy objaw. To dobry objaw. Żeby się rozwijać potrzebujemy kryzysów. Wtedy zadajemy pytania. Wtedy dojrzewamy. Jak jaszczurka porzuca za mała skórę, gdy rośnie.

Kryzys wiary

Z wiarą jest trochę jak z parą butów. W pewnym momencie wyrastamy z tych dziecięcych, stają się dla nas za ciasne. Wyrastamy z wiary, którą przekazali nam rodzice. Zaczynamy zadawać pytania, szukać. Potrzebujemy odpowiedzieć sobie na pytanie: czy wierzę? W co wierzę? Komu wierzę? To proces potrzebny, wręcz niezbędny żebyśmy mogli wzrastać.

Najgorsze co możemy zrobić to zmuszać kogoś do praktyk religijnych, wypominać mu, robić wyrzuty. To przynosi tylko odwrotny skutek. Wtedy obraz Boga jaki pokazujemy tej osobie staje się karykaturą. Bóg staje się policjantem-księgowym, który podlicza obecności w kościele, modlitwy, nabożeństwa i wystawia mandaty. Chyba nie tego chcemy dla naszych bliskich?

Jeśli chcesz

Cały Nowy Testament wypełniony jest Jezusowym „jeśli chcesz”.  Tak jak nie da się zmusić kogoś do miłości tak nie da się zmusić go do wiary. Wiara jest darem, jest łaską. Można się na ten dar otworzyć lub zamknąć. Można ten dar porzucić. My możemy modlić się o dar wiary dla kogoś, ale decyzja zawsze należy do tej osoby. Nasza modlitwa nigdy nie jest „zmarnowana”. Ona zmienia przede wszystkim naszą duszę, nasze serce. To nasz czas który oddajemy Bogu.

Pewien ksiądz wykładowca powiedział mi kiedyś, że Bóg wysłuchuje wszystkich modlitw, na niektóre po prostu odpowiada „nie”, na inne „jeszcze nie teraz”, albo „mam coś lepszego dla ciebie”. Zaufajmy Bogu. On zmienia serca nasze. On widzi nasze zmaganie, wytrwałość w modlitwie za bliskich.

Czy powinnam modlić się o nawrócenie kogoś bliskiego?

Modlić się o nawrócenie powinniśmy przede wszystkim własne. O co się więc modlić dla najbliższych? O mądrość, o odkrycie powołania, o doświadczenie Bożej miłości, o łaskę wiary, o otwartość serca.

Bóg daje nam więcej niż prosimy. Prosisz Go o szklankę wody a On chce ci dać ocean. Nie ograniczajmy Go naszą prośbą. Pozwólmy mu dać nam więcej. Bądźmy otwarci. Módlmy się za naszych bliskich, ale pozwólmy, żeby to Bóg decydował o darach jakimi ich obdarza. Zaufaj Bogu.

————

Zapraszam Cię również do tekstu o Kościele.

Mój Kościół

„Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.
Mt 9,9-13

Kim jest mój Kościół?

Kościół to wspólnota wierzących, ktoś powie. Kiedy idę w niedzielę na Mszę świętą do mojego kościoła parafialnego i w czasie znaku pokoju rozglądam się dookoła to przyznam, że niezbyt często czuję wspólnotę z ludźmi, których czasem pierwszy raz widzę na oczy. Czy jest to wspólnota wierzących, czy tylko praktykujących niewierzących? Nie będę tego wątku rozwijać. To temat na zupełnie inną dyskusję.

Ale co z tą wspólnotą? Jasne, w małych grupach parafialnych łatwiej o poczucie wspólnoty. W parafii, która ma kilkanaście tysięcy takie łatwe to nie jest. Jeszcze trudniej doświadczyć wspólnoty w Kościele powszechnym.

Moim najmocniejszym doświadczeniem takiej jedności Kościoła były dla mnie Światowe Dni Młodych. Ich atmosfera, bogactwo przeżyć, wielokulturowość. Ludzie z całego świata spotykają się w jednym celu: by wspólnie dzielić się wiarą, umacniać się, dorastać w wierze razem. Polecam każdemu, kto może, niech spróbuje.

Ale takie okazje nie zdarzają się często.

Ktoś powie: Kościół jest jeden, święty, apostolski, katolicki=powszechny, rzymski. No tak tylko, co z tego? Co to znaczy dla mnie? Dla pana Kazika spod monopolowego Kościół, na który patrzy nie jest ani święty, ani nie przypomina tego z czasów apostolskich, a w Rzymie to on nigdy nie był.

Skąd więc te określenia?

Kościół jest apostolski, bo założony na fundamencie apostołów, powstał dzięki ich przepowiadaniu Ewangelii i wyznaniu wiary oraz dzięki sukcesji apostolskiej zachowanej w sakramencie święceń.

Jest katolicki, czyli powszechny, bo posłany jest do wszystkich ludzi, każdej epoki i nie zamyka się na nikogo.

Kościół jest święty wcale nie dlatego, że ludzie w Kościele tacy są. Wcale nie dlatego, że księża tacy są, czy tacy być powinni. Jest święty, bo Bóg taki jest. Bo my do tej świętości jesteśmy zaproszeni i każdy z nas ma w niej swój udział. Świętość nie jest abstrakcją, a celem. Niekoniecznie taka „ołtarzowa”, ale świętość rozumiana, jako bycie z Bogiem, już dziś, tu i teraz, w mojej codzienności, w obowiązkach, w relacjach, w pracy, w odpoczynku. Nie chodzi o nieustanną modlitwę. Mam na myśli raczej powierzani się Bogu w naszych codziennych sprawach, oddawanie ich Jemu pod opiekę w porannej modlitwie. Tak by w ciągu dnia On mógł się o nas troszczyć i dbać.

W moim Kościele jest miejsce absolutnie dla każdego. Dla wierzącego, dla wątpiącego, dla zagubionego, dla niezdecydowanego. A czy dla zmagającego się z Bogiem też? No jasne, że tak. Mam wrażenie, że ci, którzy mocują się z Bogiem, mają w Jego sercu szczególne miejsce. Tak jak Jakub z Księgi Rodzaju (Rdz 32). Całą noc walczył z Bogiem i dostał to, o co prosił.

Ci, którzy wierzą i są w Kościele stanowią tylko jedną stroną medalu. Drugą stronę stanowią wszyscy, którzy wątpią, zastanawiają się, buntują, zmagają. To oni wpływają na rozwój Kościoła. Historia pokazuje, że Kościół najmocniej rozwijał się w czasie prześladowań i herezji. Dziś, gdy w Europie i Ameryce prześladowań nie ma, Kościół zanika. Ale tam, gdzie chrześcijanie są zabijani, Kościół przeżywa odrodzenie (w Nigerii, Sudanie, Iranie, Korei Północnej, Chinach, Indiach, Erytrei). Obecność Kościoła nie jest tam mile widziana, ale Duch Boży umacnia wierzących i rozpala ich serca w najtrudniejszych miejscach i czasach.

Mój Kościół

Mój Kościół jest nieidealny, a dzięki temu jest w nim miejsce dla wszystkich nieidealnych. Jest grzeszny, a więc mają w nim miejsce wszyscy grzeszni. Jest szpitalem dla chorych, oazą dla spragnionych, ostoją dla słabych, schronieniem dla bezdomnych. Mój Kościół jest drogą i przystanią. Jest moim domem, z którego wyszłam i domem, do którego nieustannie wracam. Jest siłą dla słabych, i słabością dla silnych, jest mądrością prostaczków, i głupstwem dla inteligentów. Mój Kościół jest matką, która w każdym sakramencie chrztu „rodzi” nowych wierzących. A obliczem tego Kościoła jest Chrystus.

Zdaję sobie sprawę, że nie w każdym momencie, nie w każdym zakątku mój Kościół ma taką twarz. Najczęściej jest to twarz któregoś z pasterzy, księży, czy po prostu osób, które z Kociołem utożsamiamy. A że z reguły bywamy lustrami mniej lub bardziej zniekształconymi (przez różne przejścia, krzywdy, cierpienia), dlatego twarz, którą odbijamy bywa zdeformowana. Tylko, że to nie twarz Chrystusa się zmienia, tylko doskonałość nas=luster jest różna.

Widzieliście kiedyś polski film Biała sukienka? Polska wschodnia, wieś. Dzień Bożego Ciała pokazany oczami kilku osób. Tych, które wybierają się na procesje, oraz m.in. pewnego kierowcy, który uważa je za utrudnianie ludziom życia. Żeby nie nudzić się po drodze ów kierowca jadąc z Warszawy (Polski A) na wieś (do Polski B) zabiera autostopowicza. A potem…? Musicie zobaczyć.
Choć film jest z 2003 roku to mam wrażenie, że pochodzi z innej epoki. Oglądałam go już kilka razy i za każdym razem, gdy słyszę: „Wierzyć to ty może nie wierzysz, ale pewny to ty już nigdy nie będziesz” robi mi się cieplej na sercu. Bo z wiarą to chyba już tak jest, że jedynym pewnikiem jest niepewność. A dzięki Kościołowi, nie jestem w tej niepewności sama.

 

—————————-

tekst pierwotnie ukazał się na blogu tedeo.pl

Jak to jest być siostrą księdza?

Być siostrą

Tak jestem siostrą (nie zakonną przecież, tylko siostrą dla swoich braci :D). Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Choć to „wielo” nie oznacza wcale bardzo dużo. Jest nas trójka rodzeństwa. Mam dwóch braci.

Być starszą siostrą

Z całej naszej trójki to ja jestem najstarsza. Co jest nie lada wyzwaniem i bardzo mocno ukształtowało mój charakter, poczucie obowiązku, odpowiedzialności, dojrzałości i samodzielności. Od wczesnych lat dziecięcych byłam „Zosią-samosią”.

Bycie starszą siostrą dwóch młodszych braci to również wielkie źródło przeżyć, doświadczeń, możliwość zerknięcia do „męskiego świata” od dzieciństwa, poznanie twardej sztuki negocjacji od podszewki 🙂

Stosunkowo niewielka różnica wieku jaka jest między mną i środkowym bratem (który jest księdzem, zakonnikiem) sprawiła, że gdy wyrośliśmy już z dziecięcych potyczek i kłótni, zaczęliśmy czerpać z całego bogactwa możliwości współpracy, solidarności, rozmowy, po prostu przyjaźni. To własnie on nauczył mnie wierzyć, że przyjaźń damsko-męska jest możliwa, że warta jest zachodu, że może być odkrywcza i budująca. To właśnie brat zna wiele tajemnic, których nie poznali ani rodzice, ani żadna przyjaciółka. To z bratem mogłam rozmawiać do późnych godzin nocnych na każdy temat. Razem broiliśmy, wpadaliśmy na głupie pomysły, razem wyjeżdżaliśmy na kolonie i obozy, potem rekolekcje, razem też należeliśmy do wspólnoty (przez krótki czas).

Z młodszym bratem sytuacja jest zupełnie inna. Różnica wieku, jaka jest miedzy nami (11 lat) sprawiła, że nasza relacja nabrała nieco innego charakteru. Naturalne jest, że dwóm braciom było do siebie bliżej. Ja stałam się bardziej opiekunką dla młodszego. Do dziś pamiętam ten moment, w którym jako 10-latka dowiedziałam się, że nasza rodzina się powiększy. Ten przypływ radości. Pokochałam go już w tamtej chwili, choć nie wiedziałam jeszcze czy będzie brat czy siostra.

Niezależnie od tego jak daleko od siebie mieszkamy wiem, że zawsze mogę na nich liczyć, wiem, że jest ktoś do kogo mogę zadzwonić. Nawet jeśli nie odbierze od razu 🙂 Rodzeństwo to taka przyjazna wyspa na oceanie życia (czasem burzliwym).

Być starszą siostrą księdza

Jak bardzo bycie starszą siostrą różni się od bycia starszą siostrą księdza? Czy to 'ja jestem siostrą księdza' czy raczej 'mam brata księdza'? Mogę powiedzieć tylko na swoim przykładzie. Z racji tej, że i brat-ksiądz i ja skończyliśmy teologię to nasze rozmowy czasem schodzą na tematy około-teologiczne czy kościelne. Wymieniamy się opiniami, polecamy sobie artykułu, czy książki. Ale spokojnie, nie podsyłam mu pomysłów na kazania 😀 Z tym radzi sobie sam. Z tego samego powodu (skoczyłam teologię na wydziale przy seminarium duchownym) mam wielu znajomych księży-kolegów, czy to z rocznika, czy po prostu ze studiów. Myślę też, że trochę dzięki temu mój brat mógł poznać życie seminaryjne/kleryckie od strony czysto praktycznej, po prostu z rozmów z moimi kolegami. Zanim zdecydował się na życie zakonne.

Nie spotykamy się często z racji jego obowiązków, które wypełnia za granicą. Ale rozmawiamy na Skypie. Spotykamy się podczas jego urlopu. Czasem wyjeżdżamy gdzieś całą rodziną.

Myślę też, że przez to że mam brata księdza na wiele spraw około-kościelnych patrzę trochę inaczej. Kościół jest mi bliski jako wspólnota wierzących, ale również jak rodzina, jak dom. Czuje się za niego odpowiedzialna. Mam też wrażenie, że trochę więcej rozumiem. Nie wybielam Kościoła, ale traktuje osobiście.

Wiem też, że na tej relacji korzysta mój brat. Czasem pyta mnie o zdanie, o opinię w jakiejś kwestii. Innym razem ja sprowadzam go na ziemię, żeby nie stracił kontaktu z rzeczywistością, pochłonięty sprawami Bożymi (np. ile kosztuje utrzymanie rodziny). 🙂

Ksiądz w rodzinie

Ale bycie siostrą księdza to również coś innego. Kiedy wyjeżdżamy gdzieś całą rodziną (nie zdarza się to często, ale jednak) to mamy ze sobą również Eucharystię, bez potrzeby szukania kościoła. To możliwość uczestniczenia we mszy św. bez wychodzenia z domu, przed śniadaniem, w kapciach. Nie umniejsza to jej roli czy znaczenia. Jest godnie. Tyle, że w rodzinnym gronie, wokół stołu, tak jak w Kościele pierwotnym. To jakby cały Kościół przychodził do nas. To również wzajemna modlitwa. Świadomość, że w odległym miejscu, jest ktoś kto modli się za mnie, za mojego męża i dzieci. To ksiądz za którego ja się modlę, tak prywatnie, osobiście. Dlatego każda „niedziela powołaniowa”, każdy Tydzień Modlitw o powołania zakonne i misyjne, są dla mnie ważne.

Brat to ktoś bliski, nie obcy, ktoś na kim mi zależy, z kim mam relację. Jeśli więc mamy być „braćmi w Chrystusie”, „trwać na modlitwie i łamaniu chleba jak bracia” to jest to dla nas wskazówka, zadanie i wzór. Pomódl się dziś za jednego księdza.

————-

Zapraszam również do tekstu Mój kościół.

Kościół podzielony

Ograniczenie do 5 osób w Kościele wielu wydaje się niesprawiedliwe. Przytaczają argument, że przecież w autobusie czy sklepie może być więcej osób a ich powierzchnia jest nieporównywalna.
Gwoli wyjaśnienia. W autobusie są ci, którzy MUSZĄ dojechać do pracy. Do sklepu nie chodzimy całą rodziną. Chodzimy bo MUSIMY zrobić zakupy. Natomiast do Kościoła chodzą ci, którzy CHCĄ. Jakkolwiek by to nie brzmiało. Taka prawda.

Rozumiem ból związany z ograniczeniem dostępu do sakramentów. Ta wielka tęsknota za Eucharystią, którą odczuwają świeccy, a której nie doświadczają duchowni, sprawia, że rodzi się niezrozumienie i podziały. Stąd protesty, petycje, wzywanie biskupów do zabrania głosu. To nie wpływa na jedność Kościoła budująco.
Nie wszyscy chyba rozumieją, że ograniczenie liczby wiernych w Kościele nie jest kaprysem czy próbą odsunięcia wiernych od Chleba Życia. Kościołów nikt nie zamyka. Można przyjść na chwilę indywidualnej modlitwy, na adorację. Wiele świątyń otwartych jest cały dzień. Ograniczenie dotyczy uczestnictwa w samej liturgii. Dlaczego? Może po to, żeby chronić również kapłanów? Przecież oni też powinni #zostanwdomu, dla własnego bezpieczeństwa. We Włoszech zmarło już ponad 50 kapłanów w wyniku Covid-19. Nie wiem czy Kościół w Polsce „stać” na taką ofiarę. Nie wiem, czy potrzebna jest taka ofiara. Są już w Polsce parafie połączone z braku kapłanów, są takie gdzie msza św. odbywa się co drugi dzień z powodu braku kapłanów. Seminaria pustoszeją. Jasne, że oni są dla Ludu. Ale my wierni, chcemy chyba żeby sakramenty były sprawowane także po ustaniu epidemii. Prawda? Nie chcemy zarażać naszych kałanów, chcemy ich bezpieczeństwa i zdrowia żeby mogli służyć Bogu i Kościołowi przez wiele lat, a nie tylko w czasie epidemii? Zgadza się? Wielu z nich w poczuciu własnej misji, czy źle rozumianego heroizmu, podejmuje ryzykowne działania.
Wspieramy natomiast modlitwą wszystkich tych, którzy starają się rozsądnie podchodzić do swoich obowiązków, organizują spowiedź drive (na odległość, w samochodzie), błogosławią nasze domy i ulice spacerując samotnie z Najświętszym Sakramentem, zwiększają ilość Mszy św., organizują rekolekcje on-line. Wszystko tak żeby wierni czuli się bezpiecznie i kapłani byli bezpieczni. Ludzie potrzebują umocnienia i pokrzepienia w trudnym czasie, ale nie może się to odbywać kosztem czyjegoś zdrowia i życia.
#tedeopl

Film pt. Dwóch papieży– spotkanie dwóch skrajności?

Produkcja Netflixa

20 grudnia na Netflixie pojawił się film pt. „Dwóch papieży”. Przyznam się, że od kiedy zobaczyłam zwiastun czekałam na ten film z nieskrywaną ciekawością i niecierpliwością. Zastanawiało mnie, co pokaże Fernando Meirelles i jak bardzo fabularyzowany będzie to obraz Kościoła czasów dwóch różnych papieży.

Każdy z nas nosi w sobie jakiś obraz Benedykta XVI i Franciszka, mniej lub bardziej zbliżony do prawdy. Oparty na lekturze ich encyklik, katechezach czy spotkaniach bądź na newsach z internetu, na memach i wyrwanych z kontekstu cytatach, opiniach i spostrzeżeniach. Taki obraz noszę w sobie i ja. Chciałam skonfrontować, go z obrazem jaki przedstawia reżyser.

Już pierwsze minuty filmu przekonały mnie, że obraz jest tendencyjny, stronniczy i oparty na schematycznym podejściu. Benedykt jako zimny, rozważny i stonowany Niemiec kontra spontaniczny, szczery, latynoski kardynał Bergoglio. Obaj mieszczą się w tym samym Kościele Chrystusa, ale jakby na dwóch biegunach. Wydaje się, że nie łączy ich nic. Żadnej nici porozumienia, „wieje chłodem” – czego nawet nie próbują ukryć. Z moich doświadczeń i rozmów z wieloma osobami wiem, że taki obraz obydwu papieży nosi w sobie gro katolików. Ci, którzy wspominają Benedykta jako tradycjonalistę i strażnika Ewangelii jednocześnie traktują Franciszka niemal jak heretyka. Ci, dla których Franciszek jest reformatorem, otwartym na człowieka i dialog papieżem, jednocześnie wspominają Benedykta jako zastygłego w historii i nieprzystępnego. Ale wróćmy do filmu.

Co w filmie jest prawdziwe?

Główna cześć filmu rozgrywa się latem 2012 roku, podczas pontyfikatu Benedykta XVI. Cała opowieść cofa się jednak do roku 2005, pogrzebu papieża Jana Pawła II i konklawe. W jego drugim dniu wybrany na nowego Ojca Świętego zostaje kardynał Ratzinger. Do scen oddanych w sposób zgodny z rzeczywistością należy również jego abdykacja w roku 2013 oraz kolejne konklawe, w wyniku którego papieżem zostaje kard. Bergoglio przyjmujący imię Franciszka.

Wspomnienia z życia Jorge Bergoglio dotyczące planowania małżeństwa, pracy w laboratorium, seminarium i pełnienia posługi prowincjała jezuitów są zgodne z biografią.

Co jest nieprawdziwe?

Fikcją są natomiast okoliczności odwołania ks. Bergoglio z funkcji przełożonego zakonu i oddelegowanie na prowincję, jakoby w wyniku rzekomej współpracy z reżimem. W rzeczywistości jednak ks. Jorge zakończył przewidzianą statutami swojego zgromadzenia kadencję prowincjała zgodnie z terminem. Następnie został rektorem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu w San Miguel.

Samo spotkanie postaci w Castel Gandolfo latem 2012 roku jest najprawdopodobniej również fikcją filmową. Nie ma bowiem dowodów potwierdzających ten fakt. Ich rozmowy w pokojach i ogrodach Castel Gandolfo to kreacja reżyserska choć oparta na kilku faktach. Chociażby na tym, że Benedykt XVI gra na pianinie, a Franciszek jest fanem futbolu i tanga. Podobnie sprawa ma się z późniejszym spotkaniem w Kaplicy Sykstyńskiej czy zabawna scena wspólnego oglądania finałowego meczu Niemcy – Argentyna na Mundialu w 2014 r.

No i oczywiście wpływ Benedykta XVI na kolejne konklawe również jest wymysłem autora.

Fabuła filmu jest więc częściowo zaczerpnięta z rzeczywistości, a częściowo bazuje na wyobraźni scenarzysty.

Jeśli chcecie dokładnie prześledzić fikcje i prawdę w filmie zerknijcie tu.

Moje doświadczenie

Moje doświadczenie spotkania z papieżem Benedyktem oparte jest głownie na 2005 roku i Światowych Dniach Młodych w Kolonii. Kiedy w 2004 r. zgłosiłam się do udziału w tym wydarzeniu, kiedy się do niego przygotowywałam to papieżem był Jan Paweł II. Wszyscy mieliśmy wtedy nadzieję, że to właśnie w nim spotkamy się w Kolonii. Ojciec Święty jednak podupadł na zdrowiu i w kwietniu 2005 roku zmarł. Wybór kardynałów na konklawe był wielką niewiadomą. Jaki będzie ten papież gdy spotka się z tysiącami młodych, co im powie, jaką relację będzie miał Kościół Benedykta XVI z młodymi? Dość szybko okazało się, że nowy papież czuje się świetnie w towarzystwie młodych, że potrafi być spontaniczny, radosny, ma poczucie humoru i umie być autorytetem. Jasne było, że nie będzie w nim tyle ekspresji co w papieżu słowiańskim. Był inny, był sobą i takiego go wtedy pokochaliśmy – uczestnicy Światowych Dni Młodych. Takie doświadczenie Kościoła, wspólnoty, braterstwa pomimo barier językowych, kulturowych czy społecznych odmienia życie. I zostaje z człowiekiem na zawsze.

Papież Franciszek to Argentyńczyk. Miłość do tanga i piłki nożnej ma wrodzoną, jako kardynał jeździł autobusem i przez wiele lat sam gotował. Ale nie zapominajmy, że jest jezuitą, posługuje się 8 językami, poza filozofią i teologią studiował i wykładał literaturę i psychologię. Był też członkiem kilku dykasterii Kurii Rzymskiej.

Spotkanie

Sensem filmu jest spotkanie tych dwóch skrajnie różnych osobowości. Dwóch innych temperamentów, ich oczekiwań i wzajemnych osądów. Uderzający jest wzajemny szacunek i dystans. W miarę jak rozmówcy stają się bardziej otwarci i czytelni dla siebie nawzajem, ich relacja i wzajemne zrozumienie sprawia, że z oponentów stają się przyjaciółmi. Dzieje się to dopiero gdy każdy z nich odsłania”rysy” na życiorysie i osobowości. Wtedy zaczynają „słuchać”, a nie tylko „słyszeć”. Zaczyna docierać do każdego z nich człowieczeństwo drugiego, a to staje się płaszczyzną porozumienia i wreszcie zrozumienia.

Ja obejrzałam film dwa razy. Nie pokrywa się on z moimi ocenami, doświadczeniami i rozważaniami dotyczącymi obydwu postaci, jednakże bardzo wszystkim polecam obejrzeć. Chociażby dlatego, żeby porównać z własnymi wyobrażeniami.

——————-

Zachęcam do przeczytania tekstu Mój Kościół.