Czy można kochać do śmierci?

Co oznacza stwierdzenie kochać kogoś do śmierci? Czy możemy komukolwiek obiecać, że będziemy go kochać do śmierci? Czy jest to wykonalne?

W przypadku dzieci sprawa jest jasna. Dzieci kochamy miłością bezwarunkową, bezterminową. Ale dzieciom nie przysięgamy miłości do śmierci. Za to współmałżonkowi owszem. Ślubujemy tej drugiej osobie miłość, wierność i uczciwość aż do śmierci. Mając dwadzieścia-kilka czy 30 lat, ufamy, że będziemy długo żyć i obiecujemy miłość do śmierci. Moim zdaniem, tak po ludzku, jest to nieosiągalne, niemożliwe do zrealizowania. Powiem więcej, jest to głupotą.

Co to jest miłość?

Kiedy jesteśmy zakochani, zauroczeni, zachwyceni drugą osobą potrafimy obiecać jej i sobie gruszki na wierzbie. Myślimy, że tak pięknie będzie zawsze. Czasem mamy za sobą jakieś sprzeczki, trudniejsze sytuacje, ale przyszłość widzimy wspólną w jasnych kolorach [najczęściej różowym :)]. Kiedy mamy trochę więcej lat, trochę zranień na koncie, trochę obaw i dystansu, wiemy już, że zaufać komuś bezwarunkowo nie jest tak łatwo. Wiemy, że „obiecanki cacanki”, a „mowa trawa”. Patrzymy na znajomych, rodzinę i widzimy coraz więcej małżeństw po rozwodzie. Zdajemy sobie sprawę, że z tą miłością do śmierci to nie takie proste jest. Mówią nam, że małżeństwo jest ciężką pracą, że nic nie przychodzi samo. Czasem to po prostu orka na ugorze. Po co więc ludzie wchodzą w małżeństwo? Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie samemu.

Wiem tylko, że kochanie ciągle tak samo mocno drugiej osoby, która w ciągu trwania życia się zmienia, nie tylko fizycznie, ale psychicznie jest niemożliwe. Zmieniasz się ty, zmienia się twój współmałżonek, zmienia się wasza miłość. Powiesz, że ta zmiana to dojrzewanie.

Dojrzewanie, a może starzenie?

Bierzesz ślub z przystojniakiem, młodym, ambitnym, który ma pracę, pasje, przyjaciół. A któregoś dnia budzisz się obok gościa, który na łysinę, albo burzę siwych włosów i wąsy; zmarszczki, brzuszek, albo garba (ponoć brzuch rośnie od piwa, a garb od roboty); nie ma pracy, albo ma taką, której nie lubi; przyjaciele się rozjechali po świecie; pasje się zmieniły; wolny czas spędza najchętniej bez ciebie, bo musi odpocząć.

Albo: żenisz się z piękną blondynką/brunetką o cudnym uśmiechu, która ma pracę, dwa tytuły magisterskie, dba o siebie, biega, ma hobby, przyjaciółki i potrafi cię zaskoczyć.

A któregoś dnia budzisz się obok kobiety, na której głowie coraz więcej siwych włosów, na twarzy zmarszczek. Która zabiegana przy dzieciach nie ma czasu na makijaż, do fryzjera chodzi 2 razy do roku, od święta, w domu w dresach, lub w fartuchu, już nie ma figury modelki bo po ciąży został jej brzuszek i kilka kilo extra; cudny uśmiech gdzieś zgasł pod nawałem obowiązków, przy garach nikt jej nie pyta ile ma fakultetów, tylko dlaczego ta zupa taka słona; na pytanie o pasję i hobby odpowiada, że lubi ciepłą kawę, w wolnym czasie składa pranie i dla rozrywki podlewa kwiaty, żeby całkiem nie uschły.

Zamiast długich rozmów przy świecach i winie, wymieniacie kilka zdań o tym, co trzeba kupić, co się zepsuło, co na obiad albo ‚gdzie moje koszula kobieto’?

To nie scena z horroru, to się nazywa życie.

Mało kto przed ślubem zdaje sobie sprawę z tego, jak to wygląda na prawdę. No ok, trochę wiemy z obserwacji naszych rodziców. I nie chodzi mi o to, żeby teraz pogrążać Cię w otchłani katastrofalnej przyszłości. Chcę pokazać, że nasze życie się zmienia, że my się zmieniamy, że ta druga osoba się zmieni, i nasza miłość się zmieni, i że jest to normalne. Tylko trzeba mieć tego świadomość i akceptować tę zmianę.

Bo kiedy w dniu ślubu staję i ślubuję Ci mężu te wszystkie piękne rzeczy, i że biorę sobie Ciebie… To muszę pamiętać, że biorę Ciebie takiego jaki jesteś dziś, ale biorę też twoje siwe włosy, twoje humory, twoje słabości, cały ten bagaż, którym nas życie obdarzy, biorę twoje zmarszczki, biorę ten czas, w którym będziesz bezrobotny i to ja będę twoją siłą, biorę te nieprzespane noce, kiedy będziesz chory, biorę to wszystko, o czym jeszcze nie mam pojęcia. Biorę cię całego. Choć jeszcze nie wiem, co życie przyniesie.

Obiecuję ci to, nie dlatego że jestem taka wspaniała i mam tyle siły. Obiecuję Ci to, bo Bóg dotrzymuje swojego słowa. A skoro jesteśmy małżeństwem sakramentalnym, skoro nasza miłość została zanurzona w znaku Jego obecności i nieskończonej miłości to On zadba o to, by Jego Słowo stało się ciałem. Obrączki, które nosimy są symbolem obietnicy miłości, wierności i uczciwości. Jeśli nasze życie będzie trwaniem przy Bogu, to On strawi, że w naszym małżeństwie będzie miłość, wierność i uczciwość do śmierci.

Co to znaczy kochać do śmierci?

Kochać kogoś do śmierci nie oznacza kochania aż do kresu życia. Kochać kogoś do śmierci oznacza takie dawanie siebie, każdego dnia po kawałku, aż nie zostanie nic. I wtedy nadejdzie śmierć. To „karmienie” drugiej osoby miłością, którą w sobie mamy. Aż do samego końca. A skąd ją wziąć? Z nas samych? To na długo nie wystarczy.

Małżeństwa sakramentalne czerpią ją od Boga, bo Bóg jest Miłością, jest niewyczerpanym źródłem Miłości. Żeby móc dawać, najpierw trzeba się napełniać. Każdego dnia. Napełniać się w modlitwie, adoracji, eucharystii, czytaniu Słowa Bożego. I do tej Bożej Miłości, dołączamy naszą własną, ludzką, niedoskonałą.

Mamy dawać się współmałżonkowi aż do śmierci, czyli do momentu, aż rozdamy się w całości i nic nie zostanie. Rozdawać się jak chleb. To oznacza powolną utratę siebie samego. A to prowadzi do śmierci. Do umierania dla miłości.

To niełatwe, wręcz niemożliwe.

Jeśli nie wspiera nas łaska sakramentu jest to niewykonalne. Ale możliwe jest dla Boga. Dlatego zawierając małżeństwo zanurzamy je w sakramencie, znaku żywej i prawdziwej obecności Boga. Bo tylko On ma taką moc, by nasza miłość przemieniać;  tylko On może nas do takiej miłości uzdalniać; tylko w Nim jest nasza siła, wierność i wytrwanie; bo On jest Miłością; bo skoro rozmnaża chleb dla ponad 5000 mężczyzn w jednej chwili (Mt 14,13-21; J 6,1-15)  i zostaje jeszcze 12 koszów ułomków, to czy nie pomnoży naszej miłości?

Dziś mija dokładnie 2734  dni od dnia ślubu, od dnia, w którym stałam się żoną, w którym obiecałam mojemu mężowi miłość do śmierci. I ufam, że tej miłości starczy nie tylko na te 5000 dni, ale i na kolejne 5000, i kolejne.

Kocham Cię mężu :*

Ps. Jeśli chcesz wiedzieć dlaczego Kościół czepia się seksu zajrzyj tu.

Autor

TeDeo.pl

Nazywam się Joanna Lewicka. Jestem teologiem. Jestem też żoną jednego męża, mamą trójki dzieci, doktorantką, po trochę kucharą, gospodynią, dekoratorką wnętrz, pielęgniarką i menadżerem domowym. Lubię ciepłą kawą, miękkie swetry, książki, wschody słońca, wypieki domowe, lubię sprawiać innym radość, lubię wszelkie DIY. Jednego dnia czytam teologiczne artykuły, za chwilę szyje sukienki dla barbie, smażę naleśniki i zaklejam zdarte kolano. To wszystko czasami niemal jednocześnie. A od teraz jestem również blogerką :) Dziękuję mojemu mężowi, bo bez niego nie mogłabym tego wszystkiego pogodzić. To on jest moją inspiracją, motorem działania. Wielkie podziękowania należą się też dobremu Bogu, bo ostatecznie to On jest źródłem i celem. Zapraszam Cię w podróż po moim miejscu w sieci, po moim blogu. Ta podróż to jedynie fragment drogi, na końcu której wszystko i tak zmierza do Domu, w ramiona Miłości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.